Spośród tegorocznych laureatów Keep Walking Award czytelnicy „PB” wybierają najlepszego z najlepszych, przyznając mu tytuł Striding Man 2006.
Kliknij tutaj i wybierz z nami Striding Mana 2006
Szukamy „kroczącego dżentelmena”, który według naszych czytelników poszedł w swoim biznesie „do przodu” najbardziej, najodważniej i co najważniejsze — odniósł największy sukces.
Swoje głosy na poszczególnych pretendentów do tego tytułu można oddawać od 15 do 30 grudnia 2006 r na stronie www.pb.pl. Od 17 listopada 2006 r. przez kolejne tygodnie prezentowaliśmy (w formie wywiadów) sylwetki zwycięzców Keep Walking Award 2006.
Bohaterami naszych publikacji są:
Mamy nadzieję, że te publikacje ułatwią Państwu wybór. Zapraszamy do głosowania od 15 do 30 grudnia. I nie zabraknie nagród dla uczestników konkursu.
Redakcja
Prawie trzydzieści lat rządzi firmą. Twardy gość. U niego nie tylko biznes się liczy.
Czuje się pan jak bohater?
Bardziej jak uczestnik niejednej wygranej bitwy. Czy bohater? Nie mnie oceniać.
Rozpoczął pan działalność gospodarczą w połowie 1977 roku, a więc za czasów Edwarda Gierka. Od tamtej pory kieruje pan firmą non stop. Jest pan najdłużej urzędującym prezesem wśród szefów największych polskich spółek. Jakie to uczucie?
Powiedzmy, że trochę już czuję znamię czasu. Dwa lata temu przyznano mi nagrodę za osiągnięcia życia. Pomyślałem wtedy, że już mnie chyba na emeryturę wysyłają. Może to był taki impuls do zastanowienia się: czy nie czas?
Kiedyś ktoś chciał o panu książkę napisać. Pan wtedy powiedział, że książki powinno się pisać, kiedy człowiek już jest na końcu drogi, gdy zrobił już to, co sobie zaplanował. I, że na książkę jeszcze nie pan zasługuje. Dzisiaj już czas?
Książkę można pisać o emerytach właśnie – takich, którzy już zapisali ostatnią stronę zawodowego życia. Jeszcze nie przewiduję. Niemniej jednak chciałbym zacząć powoli swoje widzenie przyszłości zacząć przekazywać młodszym. Nie, żeby mi żywotności zabrakło. Ale na pewno zastanawiam się nad tym co będzie dalej? Kto ten interes poprowadzi? I pewne działania w tym zakresie podjąłem.
Jakie?
Mogę tylko co nie co powiedzieć. Na przykład, że będzie rozszerzony skład zarządu Groclinu. Między innymi także dlatego, że prezes nie jest już najmłodszy.
Kiedy?
W ciągu roku.
Jak po pomarańczowej rewolucji rząd Ukrainy odebrał ulgi podatkowe firmom, działającym w specjalnych strefach ekonomicznych wraził pan publicznie głębokie rozczarowanie i zapowiedział walkę o odebrane prawa, także na drodze sądowej. Miał pan już wtedy jedną fabrykę na Ukrainie. Dzisiaj przenosi pan tam całą produkcję, mimo, że ulgi jeszcze nie wróciły.
Przedsiębiorca zawsze protestuje gdy gwałtownie zmieniają się realia, w których funkcjonuje. Ten zamach na przywileje w strefach ekonomicznych, był złamaniem prawa. Przeciwko temu protestowali właściwie wszyscy wielcy inwestorzy na Ukrainie. I to jest nieustannie przedmiotem naszych rozmów z tamtejszym rządem. Niedawno byłem zaproszony na spotkanie z przedstawicielami parlamentu ukraińskiego. Powiadomiono nas o postępach prac legislacyjnych nad przywróceniem przywilejów. Ktoś w końcu przyznał, że to nie był dobry pomysł. Usłyszeliśmy wyraźną deklarację, że Ukraina chce przywrócić ulgi w strefach. Oczywiście od tamtej pory, nastąpiło wiele innych bardziej istotnych dla prowadzenia działalności na Ukrainie wydarzeń. Podstawowym są wysokie koszty funkcjonowania w Polsce…
To przykre, że pan się wyprowadza na Ukrainę.
Mnie to też optymizmem nie napawa. Sądziłem, że nasza gospodarka będzie się rozwijała płynnie, że ci, którzy nią zarządzają będą przygotowani do podejmowania nowych, wielkich wyzwań, że będą mieli poczucie odpowiedzialności za poziom zatrudnienia. Przecież prawie połowa Polaków skazana jest na wykonywanie prostych czynności w fabrykach. Niestety skokowy wzrost wartości złotego, nie oparty o wzrost PKB, tylko wynikający ze spekulacji rynkowych, skazuje tę część naszego społeczeństwa na utratę stanowisk pracy. W moim odczuciu to ewidentny brak polityki gospodarczej i społecznej. I nic na to nie poradzę. Szef spółki akcyjnej jest zobligowany dbać o interes akcjonariuszy i o zysk. Rolę odpowiedzialność społecznej musi wziąć na siebie rząd.
Ale to pan mi kiedyś powiedział, że pracuje z poczucia odpowiedzialności wobec tych, którzy panu zawierzyli, że tym się różni pańskie przedsiębiorstwo od wielkiego koncernu. „Jestem polskim właścicielem! U mnie nie tylko biznes się liczy!” – przecież to pańskie słowa.
I wcale się ich nie wstydzę. Taka jest prawda.
A mimo to zostawia pan swoich ludzi na pastwę losu?
Nic podobnego. Po pierwsze: ta przeprowadzka Groclinu na Ukrainę nie nastąpi w ciągu kilku dni.Potrwa to kilka lat. Po drugie: obiekty, które pozostaną w Polsce pozostaną wykorzystywane, tylko inny będzie charakter działalności, która tam będzie prowadzona. Nie wszystko mogę powiedzieć, bo jest pewna kolejność powiadamiania rynku.
Przecież jest pan giełdzie.
No właśnie. Ale proszę mi wierzyć, że nie pozostawię moich ludzi samych sobie. Jest przygotowywana strategia działania grupy kapitałowej Groclin a w niej wizja tego, co robić z tymi obiektami, a tym samym z ludźmi, którzy chcą tam pracować. Na pewno będzie tam centrum logistyczne, czyli będzie praca dla kilkuset osób – technologów, logistów, magazynierów obsługujących kilka fabryk. Pozostała część obiektów będzie wykorzystana do działalności gospodarczej. Ale jakiej, to powiem gdy ogłoszę strategię. W ciągu najbliższych kilku miesięcy.
Swego czasu porównywano pana z Samem Waltonem. To ten facet, który w Stanach stworzył sieć marketów Wal-Mart. Ponoć obaj stworzyliście gospodarcze imperia, trzymając się paru prostych zasad…
Nie wymyślam niczego nadzwyczajnego. Po prostu bacznie obserwuję rynek - szczególnie . tych, którzy mają sukces. Staram się wszystko robić lepiej od nich. .
Ale może pan zdefiniować podstawowe zasady, którymi się pan kieruje w biznesie?
Staraj się zawsze zajmować tym, co naprawdę zależy od ciebie, czyli nie bądź ubezwłasnowolniony. Horyzont twojej działalności musi bardzo daleko odsunięty od tego co aktualnie robisz. Podwaliny biznesu nie mogą być przygotowywane na dzień przed podjęciem decyzji. No i trzeba sobie zawsze zawieszać poprzeczkę wysoko, bo zawsze istnieje szansa, że się ją pokona. Bo jak się człowiek zajmuje rzeczami małymi, to może mieć tylko mały sukces.
Czyli nie interesuje pana metoda drobnych kroczków?
Raczej nie. Akurat tu pojawia się zbieżność z ideą waszego konkursu. Dawno temu, kiedy moja firma miała status zakładu rzemieślniczego, moi koledzy po fachu, którzy sobie wtedy dostatnio żyli i konsumowali wszystko co zarabiali, pytali : po co ci firma polonijna? A to mi stwarzało inne perspektywy działania. Trzeba było oczywiście inwestować, trzeba było wiele barier pokonać, ale to była jednak inna perspektywa działania. Później kiedy pracowałem już w statusie firmy polonijnej i starałem się o zamówienia tzw. wielkiego przemysłu, też patrzyłem na wszystko w kontekście możliwości. Małe zamówienia wielkich koncernów dawały szansę stworzenia działalności na wielką skalę. Z kolei w ostatnich latach ograniczenia w naszym kraju, spowodowały, że patrzę na swój biznes w skali Europy.
Pańskie wypowiedzi o gospodarce są prowokacyjne, niepokojące. Wielokrotnie pan wyrażał nadzieję, że w końcu trafi na kogoś, kto panu powie: mylisz się! Poznał pan jakąś pozytywną wizję rozwoju gospodarczego Polski — wizję racjonalną? Ktoś pana wreszcie uspokoił?
Dalej jestem niespokojny. Nie trafiłem na kogoś, kto by mnie przekonał, że jest inaczej niż myślę. Mimo, że rozmawiałem z wieloma ministrami, odpowiedzialnymi za strategię gospodarczą tego rządu. Niestety, żaden z nich nie czuł się kompetentny do udzielenia mi odpowiedzi. W większości marginalizują problemy, o które ich pytam, są niekonkretni. Powiedziałbym, że ani nie są przygotowani do swoich ról, ani nie są pragmatykami. Nie czują tego. To po prostu politycy, którzy dzisiaj pełnią swoje funkcje, ale tak naprawdę nie potrafią się utożsamić z tym o co pytam.
Wieszczył pan, że po wejściu do Unii Europejskiej staniemy się Sycylią Europy, że nastąpi załamanie polskiej gospodarki. I co?
No i jesteśmy w Unii. Korzystamy z wielu przywilejów, bo dostaliśmy gigantyczne środki na rozwój gospodarki. Ale z drugiej rozwijamy się wciąż za wolno, żeby nadgonić dziesięciolecia zapóźnień. Trzeba by się rozwijać w stylu chińskim czy choćby jak Łotwa czy Estonia. Uważam, że tracimy szansę…
Ostatnio pan w kółko powtarza, że tracimy szansę.
Bezwzględnie. Najbardziej straciliśmy gdy byliśmy w okresie przygotowań do wejścia do unii. Przede wszystkim pod względem edukacyjnym. Za mało ludzi znało języki obce, za mało przedsiębiorców znało regulacje unijne i wymagania rynku europejskiego. A teraz jeszcze rząd sprawia wrażenie jakby był zaskoczony tym, że eksport tak szybko rośnie. A przecież on rośnie w wyniku tej już pragmatycznej edukacji przedsiębiorców, którzy pracując uczą się, eksportując odkrywają nowe możliwości. Ale i tak nie robią tego tak, jak można by było. W dużym uproszczeniu: im się lepiej przygotujesz, tym będziesz miał większy sukces.
„Są w Polsce poważni ludzie, którzy podjęli wyzwanie i finansują piłkarskie kluby z własnej kieszeni. W zamian nie dostając nic. Tylko tracą pieniądze” – to kolejny cytat z pana. Aktualny?
Absolutnie podtrzymuję i uważam, że żaden z polskich klubów nie a szans na trwały sukces tak długo jak długo nie będzie sobie w stanie zabezpieczyć przyzwoitego budżetu. Wszyscy którzy twierdzą inaczej, gruntownie się mylą. Można mieć krótkotrwałe sukcesy. Ale trwałe zbudowanie sukcesu piłkarskiego klubu gwarantuję duże budżety. Takich nie ma, bo nikt nie chce łożyć poważnych pieniędzy na polską piłkę.
Bo tak jest skonstruowane nasze prawo – nie przewiduje żadnych ulg podatkowych dla klubów piłkarskich. Ale pan przecież opracował projekt ustawy, który od lat krąży w środowiskach rządowych…
Tak. Każdy potencjalny kandydat na wysokiego urzędnika PZPN-u odwiedza mnie i pyta o ten projekt. Każdy na czas kampanii chętnie się pod nim podpisuje. Tak jest im to potrzebne tak długo, jak długo trwają ich starania o objęcie określonego stanowiska. Potem się o tym zapomina. Projekt idzie ad acta i degrengolada w polskiej piłce trwa.
Nie ma pan dość tej walki? To już zakrawa na jakąś donkiszoterię. Przecież nic z tych pańskich starań nic nie wynika.
Dlatego futbol pozostaje zabawą dla pasjonatów. Z pasją się człowiek rodzi, tego się trudno wyzbyć. Przecież nie dlatego inwestuję w swój klub piłkarski, że takie są realia rynku, tylko dlatego, że moja osobowość jest taka.
To prawda, że kiedyś gdy nie chciał pan przedłużyć kontraktu pewnemu piłkarzowi, ten przyszedł do pana i powiedział: "Jeśli pan nie podpisze, to zaraz po wyjściu z gabinetu rzucam się pod pociąg - z żoną i dziećmi. I będzie pan miał nas na sumieniu!". I ponoć kontrakt pan przedłużył?
Historia z przeszłości.
Czyli czasami nawet największy twardziel wymięka.
W kontaktach bezpośrednich ponoć mam za miękkie serce. Niektórzy o tym wiedzą i tego nadużywają.
Unika pan takich sytuacji?
Panuje opinia, że jeśli się już ktoś do mnie dostanie, to raczej sprawę załatwia. Dlatego mój sekretariat stara się sporo czynić, by tych bezpośrednich kontaktów było jak najmniej.
Daje pan telefonicznie wskazówki swoim trenerom podczas przerwy w meczu?
Rozmawiam. Ale nie w przerwie, tylko w trakcie meczu. I nie z trenerem lecz z jego zastępcą – drugim trenerem. Tak się zawsze umawiamy. Oni siedzą na ławce a stamtąd średnio widać, co się dzieje na boisku. Siedząc wyżej łatwiej ogarnąć strategię gry. Nie mówię im, co mają zrobić, tylko gdzie są słabe punkty. Zresztą to często uwagi osób, które także są wokół mnie –zwykle ludzi z pionu sportowego klubu.
Trenerów nie wkurza, że się pan wtrąca?
Oceniamy grę z perspektywy trybuny. I tyle. Nie wymuszamy zmian w składzie. Tak się umawiamy od początku. Te spostrzeżenia często są zbieżne z odczuciami trenera. Generalnie drugi trener powinien siedzieć tam gdzie ja. W ligach zachodnich to powszechna praktykowane. W naszej lidze niestety nie ma takiego obyczaju.
A to taki obyczaj, że właściciel klubu prowadzi zawodników do swojej fabryki i pokazuje, jak ciężko pracują ludzie na ich wynagrodzenia?
Rzeczywiście tak zrobiłem. Potem wielu prezesów zaprosiło swoje zespoły na przykład do kopalni. Nic nowego. Po prostu dobrze, by zawodnicy wiedzieli, jak ciężko się zarabia pieniądze, które później konsumują.
Zaczęli lepiej grać?
Aż tak bezpośrednio bym tego nie przekładał na wyniki. To była dla nich po prostu dobra lekcja pokory.
Co będzie z Dyskobolią jak pan pójdzie na emeryturę?
Ktoś tam będzie prezesem. Może będzie miał też pasję?
Smutne co pan mówi, że „ktoś tam będzie”.
Przecież nie będę trwał wiecznie.
W sumie trochę malkontent z pana wyszedł? Takie typowe polskie narzekanie przez pana przemawia.
Ja narzekam? Ja mam tylko przeświadczenie o swojej racji. Być może inni, którzy mają sukces w krótszym przedziale czasowym, nie mają takich przemyśleń. Nie potrafią jeszcze nabrać dystansu do tego co mają? Może są skromniejsi i nie chcą się wymądrzać? Poza tym taki pan pytania ułożył. Jak pan pyta: dlaczego Groclin się przenosi na Ukrainę? To mówię o problemach.
Dobrze: dlaczego Inter Groclin Auto ma dobre wyniki?
Akcjonariusze pewnie nie są zachwyceni. Mogłoby być lepiej.
No i znowu źle. Lubi pan problemy.
Wolałbym o sukcesach. Ale sukces to pojęcie względne. Jak się porównujemy w skali światowej czy europejskiej to Groclinowi jednak sporo brakuje.
W takim razie co panu sprawia największą radość w biznesie?
Gdy przedstawiciele koncernów światowych mówią mi, że mogą w ciemno dać kontrakt mojej firmie.
Na przykład jakich koncernów?
Choćby Volvo czy Renault. Za każdym razem gdy ludzie z tych korporacji przyjeżdżają do którejś z moich fabryk, to później pytam jak wypadła wizyta? Mówią mi wtedy: „jak zwykle w Groclinie”. Mówią wręcz, że nawet gdyby nie wiedzieli gdzie są, gdyby ich wprowadzono z opaską na oczach, to by powiedzieli, że są u Drzymały. Ja i moja firma dorobiliśmy się w tej branży naprawdę wysokiej pozycji. Ten szacunek u klientów musi budzić satysfakcję. Ale jest też satysfakcja z tego, jak jestem postrzegany. Z tego, jak mogę z panem rozmawiać. Bo gdzieś tam znowu mnie zauważono.
W końcu legendę ma pan wpisaną w nazwisko.
Tak. Nazwisko jest szczególne. Legend rzeczywiście trochę jest. Przywykłem do nich. Ale to zawsze budzi we mnie obawę, żeby nie zawieść. To jest zobowiązujące. Czasem to dokucza. Czasem pomaga - jak gdzieś na peryferiach świata jestem rozpoznawany. Nie dawno byłem na Florydzie w Miami. Wynająłem przewodnika, który obwoził mnie po tym półwyspie. Oczywiście dowiedział się kim jestem i okazało się, że zna praktycznie całą historię mojego życia. Człowiek który 30lat temu wyjechał z Polski wiedział o mnie więcej niż ja sam sobie czasem potrafię przypomnieć. To na pewno też jakiś powód to satysfakcji.
Rozmawiał Wojciech Surmacz
KEEP WALKING AWARD 2006 Nagrody Keep Walking Award przyznawane są w Polsce od 2003 roku przez ekskluzywną markę Johnnie Walker. Wręczane są osobom niezależnym, pełnym pasji, nieustannie doskonalącym własną osobowość, śmiało realizującym marzenia, łamiącym stereotypy i wszelkie bariery. Motto Keep Walking Award brzmi: „Nie bój się wielkiego kroku. Nie pokonasz przepaści dwoma małymi”. Filozofia Keep Walking Award nawiązuje do historii Aleksandra Walkera, syna twórcy whisky Johnnie Walker, który w krótkim czasie zbudował imperium przekraczające najśmielsze wyobrażenia. To właśnie on stworzył rozpoznawalną na całym świecie kwadratową butelkę z ukośną etykietą. Polskimi laureatami Keep Walking Award zostali do tej pory m.in.: fotograf Łukasz Trzciński, zespół Sistars, grupa filmowa SKY PIASTOWSKIE, zapaleni podróżnicy Agnieszka Martinka i Jarosław Kowaluk, założyciel Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości – Darek Żuk oraz pełen pasji, propagator Formuły 1 w Polsce, Grzegorz Możdżyński. W tym roku firma Diageo (fundator nagród) i agencja 180° Public Relations (organizator konkursu) postanowiły wyróżnić nagrodami Keep Walking ludzi ze świata biznesu. Wspólnie z redakcją „Pulsu Biznesu” wytypowano pięciu laureatów: Zbigniewa Drzymałę - właściciela Inter Groclin Auto, Piotra Mularuka – właściciela Yeti Films, Krzysztofa Pawłowskiego – rektora i założyciela Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, Romana Rojka – jednego z prezesów i założycieli Grupy Atlas i Tomasza Szpikowskiego - twórcy i założyciela polskiej agencji pracy tymczasowej Work Service.