Konsolidacja w branży elektroenergetycnej stała się tematem zastępczym. Zamiast rzeczywistej restrukturyzacji dokonuje się działań zmierzających do łączenia spółek, co w przyszłości może zaszkodzić branży i odbiorcom energii.
W tym sezonie konsolidacja to najmodniejszy trend w sektorze elektroenergetycznym w Polsce. Termin ten pojawił się w połowie kadencji poprzedniego rządu i to dość nagle. W ówcześnie obowiązującej polityce — energetycznej i prywatyzacyjnej — słowo to nie istniało, a jednak stało się ciałem w postaci Południowego Koncernu Energetycznego (PKE). Dziwić się tej transformacji nie należy, bo w naszym kraju takimi dokumentami jak „założenia polityki państwa w zakresie czegoś tam” nikt się specjalnie nie przejmuje. Dokumenty takie mają charakter wirtualny — o czym innym się dyskutuje i uchwala, a co innego realizuje.
Inicjator PKE skonsolidował niezwykle skutecznie sporą część podsektora wytwarzania, czym rozbudził nadzieje i ambicje innych liderów elektroenergetyki. Od roku żadnych innych istotnych procesów w tym sektorze się nie obserwuje. Konsolidacja zdominowała wszystkie plany i działania. Również w podsektorze dystrybucji, gdzie z jednej strony mamy zawieszoną na kołku prywatyzację grupy G-8, a z drugiej niezwykle szybką i skuteczną konsolidację ENEA — dawniejszej P-5.
Znane mi są dwa argumenty używane na poparcie tezy o słuszności konsolidacji. Jeden — że większe jest lepsze, a drugi — że wszyscy tego chcą. Oba na pierwszy rzut oka rozsądne, po dokładniejszym przyjrzeniu się zaczynają jednak budzić poważne wątpliwości. Zacznijmy od pierwszej tezy. Dlaczego lepsze i od czego lepsze. Jeśli lepsze, bo silniejsze, to trzeba zadać sobie pytanie, przeciw komu siła ta się obróci. Jeżeli przeciw regulatorowi, to by oznaczało przeciw państwu — teza absurdalna. Jeżeli zaś przeciw wytwórcom, to odpowiedzą oni kontrkonsolidacją, a granicą tego procesu jest monopol. A może przeciw konkurencji? Jednak w zakresie działalności podstawowej, czyli obsługi sieci, konkurencja nie istnieje — dystrybucja to naturalny oligopol. Natomiast w zakresie obrotu im więcej konkurencji, także tej małej, tym lepiej dla odbiorcy.
A może przeciw klientowi, ale przecież energetyka ma działać dla klienta, a nie przeciw niemu. 14 mln drobnych odbiorców, w tym 3,7 mln małych przedsiębiorstw, powinno zatem spać spokojnie.
Słyszałem, co prawda, taką tezę, że to przeciw groźnej konkurencji zagranicznej ma obrócić się siła skonsolidowanych wytwórców energii, ale chyba musiałem się przesłyszeć. Ta konkurencja przepychać się z naszą skonsolidowaną energetyką nie będzie. Ona ją kupi. (Chyba że odkryjemy w Polsce „wielką ropę” lub spotka nas inny cud finansowy). Dotychczas zadłużenie Polski przekroczyło 350 mld zł (7 razy więcej niż w epoce Edwarda Gierka) i rośnie, a potrzeby budżetu są nieubłagane.
Jedynym istotnym argumentem byłoby stwierdzenie, że większe jest bardziej efektywne. Jednak w polskim wydaniu nie jest. I tu przejść musimy do drugiej tezy — o powszechnej zgodzie, aprobacie i entuzjazmie.
To fakt, że konsolidacja przeszła w ENEA bez zgrzytów — ale okupiona została gwarancjami zatrudnienia dla całej załogi do 2007 r. Tymczasem wydajność polskiej elektroenergetyki w zakresie obsługi mocy jest 3 razy niższa niż na przykład w E.ON, a w zakresie obrotu energią elektryczną nawet 9 razy mniejsza.
Przypomnę, że gdy Bayernwerk konsolidował się z PreussenElektra tworząc E.ON, to w rezultacie zwolniono 2000 osób. Zrobiono to łagodnie, ale zdecydowanie. Gwarancji wieloletniego zatrudnienia nie otrzymał oczywiście nikt z pozostałych. Tak więc, jeżeli słowo „wszyscy” ograniczamy jedynie do pracowników spółek dystrybucyjnych, to tak okrojona teza da się wytłumaczyć. Co jednak ze zwyczajnymi użytkownikami prądu?
Polskiej gospodarce i Polakom nie jest potrzebna energetyka skonsolidowana, ale energetyka wydajna. W coraz większym stopniu zaczynam podejrzewać, że konsolidacja to swoistego rodzaju działalność zastępcza — nie robimy tego, co jest niezbędne i konieczne, lecz trudne, tylko to, co jest niekonieczne lub zbędne, lecz możliwe.
Oczywiście na ogół rzeczy z samej swojej istoty nie są po prostu złe lub po prostu dobre. Moje negatywne opinie o konsolidacji nie dotyczą np. łączenia elektrowni opalanych węglem brunatnym z kopalniami, które dla nich i tylko dla nich ten węgiel wydobywają. Wolnego rynku węgla brunatnego nie ma i nie będzie. Elektrownia to jedyny klient takiej kopalni — stąd naturalność, a nawet konieczność takiego „syjamskiego” układu.
Pewna, niezbyt daleko posunięta, konsolidacja pozioma, czyli przeprowadzona w podsektorach, nie byłaby zła dla rozwoju konkurencji i interesów klienta, ale nie wtedy, gdy zastępuje działania proefektywnościowe lub je wręcz utrudnia. Wtedy jest dla krajowej gospodarki zabójcza.
Skonsolidowane elementy elektroenergetyki będą mogli kupić tylko wielcy potentaci, a część z nich to firmy państwowe, choć zagraniczne. Konsolidacja eliminuje inwestorów średnich, w tym, na przykład, komunalnych, lub takich jak duński Elsam. Jeśli na polu bitwy zostanie tylko kilku wielkich, łatwiej im będzie podzielić rynek i ustalić cenę. W takiej sytuacji regulator będzie bez szans, odbiorcy prądu też.
W istocie sprawa konsolidacji jest dzisiaj szkodliwa głównie dlatego, że odciąga siły i środki od najważniejszych problemów polskiej energetyki, a dystrybucji w szczególności.
Takim problemem jest prywatyzacja — nie tylko w aspekcie jej zamierającego tempa, ale również sposobu, w jaki była przeprowadzona. Niczym nie uzasadniona niejawność umów prywatyzacyjnych stoi w ogromnej sprzeczności z duchem ustawy o zamówieniach publicznych. Paradoksem jest, iż zakup samochodu przez spółkę skarbu państwa musi mieć charakter publiczny, a sprzedaż spółki dystrybucyjnej przez rząd okrywany jest „tajemnicą handlową”. Druga wstydliwa kwestia to prymat bieżącego sukcesu (nie tylko ceny) nad pożądanym modelem przyszłego funkcjonowania, np. obowiązek zaopatrywania się na polskim rynku (preferencje, przetargi itp.) czy rodzaj offsetu.
Drugi problem, którego nierozwiązanie jest maskowane przez konsolidację, to podnoszenie efektywności. To, co jest głównym zadaniem wszystkich działań biznesowych, w polskiej energetyce ciągle tkwi w cieniu innych, politycznie ważniejszych spraw. Nasz czas zabiera temat konsolidacji, a należałoby raczej dyskutować o outsourcingu i cosourcingu jako o metodach podnoszenia efektywności. Kontraktowanie zewnętrznych usług inkasenckich lub billingowych to oczywiste rozwiązania w sytuacji, gdy konsument „kasowany” jest wielokrotnie przez firmy z różnych sektorów — nie tylko za energię elektryczną, ale i za gaz, ciepło, wodę, telewizję kablową itd. Na przykład, w Wielkiej Brytanii Siemens z wielkim powodzeniem pełni rolę niezależnego akwizytora danych pomiarowych. Mógłby to robić także i u nas. No tak, ale tam energetyka od dawna jest prywatna, konkurująca i konkurencyjna, a więc naprawdę rynkowa.
Jest absurdem, że na rynku, na którym istnieje tak ogromna nadpodaż mocy produkcyjnych, nowi konsumenci otrzymują zawiadomienia o możliwości przyłączenia do sieci w terminie 12, a nawet 24 miesięcy. Zakłady Energetyczne bardzo często nie wykonują planów inwestycyjnych z powodu „niemożności przygotowania odpowiednich specyfikacji przetargowych”. Jednocześnie obecna nadmierna techniczna szczegółowość specyfikacji blokuje postęp techniczny, a często skłania do podejrzeń o nieuzasadnioną preferencję dla rozwiązań konkretnego producenta. Można by wprowadzić parametryczno-funkcjonalną specyfikację zamówień inwestycyjnych, ograniczoną do żądania spełnienia parametrów funkcji potrzebnych do efektywnego i bezpiecznego prowadzenia działań statutowych firmy, czyli tzw. core bussinesu.
Brak konkurencji, czyli rynku, to trzeci i, dla polskiej gospodarki, najpoważniejszy problem. Formalnie obowiązująca zasada swobodnego dostępu stron trzecich do sieci przesyłowych (TPA), umożliwiająca swobodny wybór dostawcy energii elektrycznej dla ponad połowy wolumenu obrotu na rynku, w praktyce nie funkcjonuje. Uruchomiono wiele działań blokujących, od regulaminu rynku bilansującego, do codziennej praktyki zakładów energetycznych. Kuriozalne jest wręcz uzasadnienie wyroku Sądu Antymonopolowego w sprawie TESCO, uniemożliwiającego tej firmie skorzystanie z zasady TPA. Kwintesencja tego uzasadnienia sprowadza się do stwierdzenia, że gdyby wszyscy, tak jak TESCO, chcieli skorzystać z przysługującej im prawnie zasady TPA, to spółki dystrybucyjne zostałyby pozbawione możliwości stosowania subsydiowania skrośnego wobec swoich odbiorców. Jestem głęboko przekonany, że konsolidacja faktycznemu odblokowaniu zasady TPA nie pomoże.
Konsolidacja nie zastąpi też działań związanych z marketingiem i obsługą klienta. Dziś działy te to „kopciuszki” w spółkach dystrybucyjnych, co zrozumiałe — przy braku rynku nikt nie musi poważnie dbać o klienta. W przyszłości, w świecie konkurencji staną się w firmach liderami o prawdziwie książęcej władzy.
Konsolidacja spółek dystrybucyjnych powinna przebiegać obok głównych procesów restrukturyzacyjnych, ale ona przebiega zamiast rzeczywistego wzmacniania sektora.
Autor jest profesorem, byłym prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych.