Konstytucja dla Europy - a więc i dla Polski...

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-12-03 00:00

Wczorajsza debata Sejmu nad trybem ratyfikowania przez Polskę rzymskiego traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy potwierdziła, że wszyscy są zgodni tylko co do jednego — że o przyjęciu lub odrzuceniu Konstytucji zdecydujemy w referendum, na podobnych warunkach, jak 7-8 czerwca 2003 r. decydowaliśmy o samym przystąpieniu do Unii Europejskiej. Termin referendum zapowiada się natomiast na grubą kość niezgody.

Strona rządowa chciałaby głosowania koniecznie w roku 2005, i to ze względów frekwencyjnych dołączonego do wyborów (ale nie wcześniejszych parlamentarnych, lecz do pierwszej tury prezydenckiej w listopadzie), opozycja zaś widzi je dopiero w roku 2006, i to gdzieś na samym końcu europejskiej kolejki. W zamyśle byłoby to dopiero po referendum brytyjskim, w którym traktat najprawdopodobniej przepadnie. Oczywiście Londyn prowadzi podobne kalkulacje terminowe, tyle że w odwrotną stronę — po prostu nikt w Unii Europejskiej nie chce okazać się pierwszą czarną owcą...

Niestety, kampania referendalna w Polsce już zapowiada się na powtórkowe starcie zwolenników i przeciwników Unii Europejskiej jako takiej. Przeciwko zero-jedynkowemu stawianiu sprawy niniejszym chciałbym gorąco zaprotestować. A gdzie miejsce dla zwolenników integracji z UE, którym się nie podoba jedynie ten konkretny dokument, podpisany w Rzymie 29 października?! Akurat tam wtedy byłem i czułem, że nad ceremonią wcale nie unosi się radosna atmosfera europejskiego święta. Ba, szefowie państw i rządów zachowywali się tak, jakby chcieli dopełnić na Kapitolu krępującej ich formalności, jak najszybciej wyjechać i... No nie, zapomnieć — to byłaby przesada, ale wszyscy mieli świadomość, że podrzucają swoim społeczeństwom twardy orzech do zgryzienia.