Jedno z interesujących pytań dotyczących najbliższej przyszłości gospodarki brzmi: jak konsumenci reagują i będą reagować na wysoką inflację. Z jednej strony nastroje ludności są złe i dobrze podsumowuje je okładka „Newsweeka” z wielkim hasłem „Idziemy na dno”. Wzbudziła sporo drwin z powodu dość kuriozalnych wartości zużycia poszczególnych towarów (np. wydatki na benzynę na poziomie 1300 zł miesięcznie), ale myślę, że dobrze oddaje nastroje dużej części społeczeństwa. Z drugiej strony dane z realnej gospodarki są bardzo dobre. Zatrudnienie rośnie, bezrobocie spada, wzrost gospodarczy jest bardzo wysoki, konsumenci może są pod presją, ale zwiększają realne wydatki na zakupy.

W ujęciu ekonomicznym mamy dylemat: czy na konsumentów mocniej wpływa obecnie efekt dochodowy inflacji (inflacja obniża dynamikę realnych płac), czy efekt substytucyjny (inflacja zniechęca do oszczędzania i podbija zakupy).
Dane o sprzedaży detalicznej za styczeń były raczej złe i pokazały, że na początku roku konsumenci ostrożnie wydawali pieniądze. Sprzedaż wzrosła wprawdzie o 10,6 proc. (w cenach stałych) rok do roku, ale był to w dużej mierze efekt niskiej bazy z zeszłego roku. W stosunku do grudnia sprzedaż spadła, na wykresie widać, że jej trajektoria na początku 2022 r. była słabsza. Te dane mogłyby więc sugerować, że efekt dochodowy przeważa nad substytucyjnym.
Trzeba jednak pamiętać, że sprzedaż detaliczna pokazuje tylko część ogólnych wydatków konsumpcyjnych. Dane dotyczą wyłącznie sprzedaży przez firmy zatrudniające co najmniej 10 osób i oprócz restauracji nie obejmują usług. Możliwe, że ludzie zredukowali wydatki na towary, ale zwiększyli wydatki na usługi – szczególnie wypoczynkowe. Tego, niestety, nie zobaczymy do momentu, gdy poznamy szczegółowe dane o konsumpcji za pierwszy kwartał, co nastąpi w… maju. Badania ankietowe wśród firm nie sugerują, by następowało istotne zwiększanie wydatków na usługi wypoczynkowe, ale często niedokładnie odzwierciedlają one rzeczywistość.
Bez względu na dylemat dotyczący oceny danych konsumpcyjnych ogólny obraz gospodarki jest bardzo dobry, wręcz za dobry (ryzyko przegrzania, o którym pisałem). Większość danych jest mocna, nie widać sygnałów recesji. Produkcja przemysłowa rośnie w kosmicznym tempie, a ostatnio dołączyła też produkcja budowlano-montażowa (wzrost aż o 20,8 proc. r/r w styczniu). Zatrudnienie rośnie i nie widać sygnałów, by firmy obawiały się o przyszłość i zmniejszały plany rekrutacyjne.
Są natomiast w gospodarce dwie żółte lampki. Pierwsza to nastroje konsumentów, od których zacząłem tekst. Od wielu miesięcy są bardzo złe, co widać po wynikach miesięcznej ankiety prowadzonej przez Główny Urząd Statystyczny. Możliwe, że jest to preludium do spowolnienia popytu konsumpcyjnego, które nabierze tempa, gdy efekty inflacji i podwyżek stóp w pełni przełożą się na plany wydatkowe gospodarstw domowych.
Druga żółta lampka to dane z rynku nieruchomości mieszkaniowych, gdzie już widać hamowanie aktywności deweloperskiej. Było zresztą wiadomo, że rynek mieszkaniowy jest na pierwszej linii uderzenia po zaostrzeniu polityki pieniężnej.
Na razie efekty makroekonomiczne obu zjawisk pozostają bardzo ograniczone.