Kontyngent pszenicy z UE może rozruszać rynek...
...ale tylko wtedy, jeśli ceny tego zboża na Starym Kontynencie nie będą rosły
Cenowy konflikt między producentami i przetwórcami pszenicy spowodował zastój na krajowym rynku. Wyjściem z sytuacji może okazać się bezcłowy kontyngent z UE. Nie wiadomo jednak, czy będzie on opłacalny.
Już w ciągu kilku dni do Polski może napłynąć bezcłowy kontyngent pszenicy z krajów Unii Europejskiej. Za jego uruchomieniem opowiadają się przede wszystkim przetwórcy i firmy handlowe. A jest z czego korzystać. Zgodnie z obowiązującym od 1 stycznia 2001 r. porozumieniem o liberalizacji w handlu rolnym, Polska będzie mogła sprowadzić z UE 400 tys. ton tego zboża rocznie. Suma ta będzie wzrastać co 12 miesięcy o 10 proc.
Tegoroczny wachlarz możliwości jest jednak o wiele szerszy, gdyż Polsce przysługuje jeszcze 250-tys. kontyngent z ubiegłego roku, którego nie wykorzystała Agencja Rynku Rolnego.
Pusty rynek
Jerzy Plewa, wiceminister rolnictwa, twierdzi, że wielkość importu będzie zależała od tego, ile zboża zdecydują się sprowadzić poszczególne podmioty gospodarcze. Te jednak — zniecierpliwione sytuacją na krajowym rynku — coraz częściej domagają unijnego ziarna.
Michał Kisiel z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej zauważa, że od dłuższego czasu pszenica jest rzadkim gościem na krajowych giełdach towarowych. Jego zdaniem, dystrybucja tego zboża odbywa się w zasadzie poza giełdami, a importowane lub zakupione ziarno w większości trafia bezpośrednio do przetwórców, czyli młynów i zakładów paszowych. Pozostała część skupywana jest przez firmy handlowe, które przetrzymują ją licząc na wzrost cen.
— Ceny pszenicy oferowane przez producentów sięgają 650 zł za tonę. Tymczasem przetwórcy są skłonni zapłacić najwyżej 610 zł. Sytuacja wydaje się paradoksalna. Młyny i magazyny są praktycznie puste, ale nie chcą kupować, ich zdaniem, zbyt drogiej krajowej pszenicy. Wszyscy czekają na tego, kto pierwszy się złamie — tłumaczy Joanna Jajus z giełdy w Poznaniu.
Tymczasem wiceminister apeluje o lepszą współpracę przetwórców z producentami, podkreślając potrzebę większej krajowej produkcji pszenicy. Analitycy uważają, że przełamanie impasu może przynieść jedynie import surowca z UE, co oczywiście jest zgodne z oczekiwaniami przetwórców.
Wątpliwa konkurencja
Już teraz szacuje się, że importowana z UE pszenica może osiągnąć cenę około 560 zł za tonę, co oczywiście czyniłoby ją konkurencyjną w stosunku do krajowej. Jednak — jak zauważa Michał Kisiel — mimo że UE zanotowała w 2000 r. rekordowe zbiory tego zboża, to jego jakość pozostawia wiele do życzenia. Jedynie 57 proc. ubiegłorocznych zbiorów nadaje się do przerobu, podczas gdy w innych latach było to ponad 80 proc. W tej sytuacji światowa cena tzw. pszenicy konsumpcyjnej utrzymuje się na względnie wysokim poziomie, a zdaniem analityków może jeszcze zwyżkować. Wtedy opłacalność nawet bezcłowego importu może stanąć pod znakiem zapytania.
— Zwlekanie z importem może przyczynić się do wzrostu cen, a wtedy przy braku surowca na rynku Unia i bez subsydiów będzie dyktować warunki — twierdzi pragnący zachować anonimowość pracownik IERiGŻ.
Nieoficjalnie mówi się także o możliwości importu droższej pszenicy z UE przez ARR i jej sprzedaży poniżej kosztów.