Radość ekonomistów z emerytalnego kompromisu PO i PSL okazuje się przedwczesna. To, co premier Donald Tusk i wicepremier Waldemar Pawlak przedstawili na konferencji prasowej po negocjacjach, to tylko drobna część ich faktycznych uzgodnień. Kolejne ujawniane punkty porozumienia pokazują, że korzyści z reformy, a przynajmniej ich dużą część, szlag trafił.
Okazuje się na przykład, że reforma właściwie nie obejmie rolników (w tym prawników, taksówkarzy i całej reszty osób posiadających kawałek ziemi na wsi). Mało tego — rodziny na wsiach jeszcze na tych zmianach zarobią. PO i PSL ustaliły bowiem, że kobiety ubezpieczone w KRUS otrzymają podwyżkę emerytur: dostaną do kapitału emerytalnego po 15 tys. od każdego dziecka.
Teoretycznie na kontach w KRUS będzie to zaksięgowane jako dopłata do urlopu wychowawczego, ale w praktyce to nic innego jak ustawowa podwyżka świadczenia. Ponadto wiek emerytalny rolników zacznie rosnąć do 67. roku życia dopiero od 2018 r., a więc pięć lat później niż osób ubezpieczonych w ZUS.
Ale w przypadku rolników podnoszenie wieku emerytalnego to i tak fikcja, bo nadal będą przysługiwały im emerytury wcześniejsze, po 30 latach pracy. Ponadto wcześniejsza emerytura będzie wypłacana w całości, a nie od połowy uzbieranego kapitału, jak u ubezpieczonych w ZUS.
Wcześniej rząd równie ulgowo jak rolników potraktował pracowników służb mundurowych. Niby podnosi im wiek emerytalny, ale tylko do 55. roku życia. Ponadto zgodził się, by dotyczyło to tylko osób, które dopiero wchodzą do zawodu. Rząd tłumaczy, że nie może inaczej, bo obecni policjanci, wojskowi czy prokuratorzy mają już prawa nabyte.
Jeśli tak, to dlaczego obecna kasjerka nie ma takich praw i można podnosić jej wiek emerytalny? Kiedy premier Donald Tusk ogłaszał plan podwyższenia wieku emerytalnego, tłumaczył, że najważniejsza będzie komunikacja. Teraz, stosując zasadę „są równi i równiejsi”, robi wszystko, żeby ludzi do reformy zniechęcić.