A nie mówiłem — mógłby teraz, po orzeczeniu Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego, że nasz kraj nie traktował inwestycji Eureko w PZU uczciwie i sprawiedliwie, z sardonicznym uśmiechem powiedzieć minister Jacek Socha. Oczywiście tak nie zrobi, bo jest dobrze wychowany i wie, że to nie przystoi. Nie zmienia to jednak faktu, że politycy zablokowali mu możliwość zawarcia wynegocjowanej, w miarę honorowej ugody z Eureko, a teraz przegraliśmy spór, arbitraż orzekł naszą winę i będzie się zastanawiał nad karą.
Tak to właśnie zawsze kosztownie jest,
kiedy polityka miesza się do gospodarki. Politycy przyzwyczajeni są, że żadnych umów nie trzeba dotrzymywać. Okłamując wyborców permanentnie, mają to już we krwi. Tymczasem w realnym życiu, w gospodarce, czasami nawet ustna umowa jest obowiązująca i trzeba jej dotrzymywać, a co dopiero spisana w wielu egzemplarzach. Polski rząd, mający pełne uprawnienia, zawarł z Eureko umowę o trybie sprzedaży akcji PZU. I nie dotrzymał jej zapisów, uniemożliwiając realizację kolejnych transzy. Nikogo nie interesuje, czy ta umowa była korzystna dla nas, czy nie. Ważne jest, że została prawomocnie zawarta, więc obowiązuje.
Koszty przegranego sporu poniesiemy wszyscy, najmniej politycy. I chociaż będzie to z pewnością dotkliwe, nie to jest najgorsze. Pierwsze reakcje polityków zdają się świadczyć, że niczego z tego orzeczenia nie zrozumieli. Nie mający o tym zielonego pojęcia badacze problemu z komisji śledczej ds. PZU znowu wspominają o spisku antypolskim i dziwią się, że trybunał... nie poczekał na ich wnioski. Panowie posłowie (i jedna pani posłanko), a kogo te wasze wnioski obchodzą, poza wami samymi? Możecie sobie nimi wytapetować gabinety, a zapłacić trzeba realnymi pieniędzmi. Z naszych podatków.