Szef Komisji Papierów Wartościowych i Giełd jest przeciwny wprowadzeniu zasady, że połowę składu rad nadzorczych spółek giełdowych mają stanowić tzw. członkowie niezależni. Jacek Socha uważa, że taki przepis nie ma racjonalnego uzasadnienia.
Trwa dyskusja nad zasadami dobrych praktyk — regulacjami ładu korporacyjnego, wprowadzanymi pod auspicjami Giełdy Papierów Wartościowych, a mającymi m.in. usankcjonować sposób traktowania przez firmy giełdowe akcjonariuszy mniejszościowych. Choć ogromna większość spółek zadeklarowała przestrzeganie zasad, to wiele z nich budzi kontrowersje i nie wiadomo, czy w praktyce będą przestrzegane.
Zbiorowy opór wywołuje jedna zasada, zmuszająca firmy do przebudowania swoich rad nadzorczych i wprowadzenia do nich co najmniej połowy tzw. członków niezależnych.
— Jestem przeciwny tej propozycji. Musi istnieć związek między układem właścicielskim firmy a składem jej rady. W przypadku gdy udziałowiec ma kontrolny pakiet akcji, powinien mieć kontrolę także w radzie — mówił Jacek Socha, szef KPWiG w czasie seminarium Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej, poświęconego ładowi korporacyjnemu.
Wiesław Rozłucki, prezes GPW, przyznał, że dyskusja w tej sprawie dopiero się zaczyna, a przepis, który ma wejść w życie z końcem 2004 r., może być zmieniony.
— To prawda, że dotychczas nie zdefiniowano instytucji niezależnego członka rady. W modelu amerykańskim jest to niezależność od zarządu spółki, ale w Europie niezależny jest ten, kto nie ma powiązań z akcjonariuszem większościowym. Być może wprowadzimy też zasadę, że spółek, w których jeden udziałowiec ma większość, nie obowiązuje przymus wprowadzania do rad członków niezależnych — zapowiedział prezes GPW.
Giełda także „doprecyzowała”, że zapis o obligatoryjnej zmianie audytorów spółek giełdowych raz na pięć lat ma dotyczyć nie firm audytorskich, ale poszczególnych biegłych rewidentów.