Politycy strefy euro w nocy ze środy na czwartek nie wpadli na żaden nowy pomysł, skąd wziąć dodatkowe pieniądze na ratowanie chwiejących się krajów. Uzgodnili jedynie, że trzeba przy pomocy dźwigni zwiększyć moce Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej (EFSF) przynajmniej do 1 bln EUR z 250 mld EUR obecnie (190 z 440 mld EUR zostało już przeznaczone na Grecję, Irlandię i Portugalię). Jak to zrobić? Strefa euro poszuka pieniędzy na świecie.
Świeża krew
W komunikacie po szczycie unijni przywódcy uzgodnili, że „powołany zostanie Wehikuł Specjalnego Przeznaczenia”. Ma szukać „źródeł, będących kombinacją publicznego i prywatnego kapitału”. — To ma jakiś sens. Wreszcie zrywamy z sytuacją, że chory leczy sam siebie. Ratowanie strefy euro za pieniądze chwiejących się Włoch nie może na dłuższą metę zakończyć się sukcesem. Trzeba w ten system wpuścić trochę świeżego kapitału — mówi Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. EFSF będzie kupował obligacje zagrożonych krajów, a następnie — pod zastaw tych papierów — będzie zaciągał poza strefą euro nowe długi. Zdobędzie w ten sposób pieniądze na kupowanie kolejnych obligacji chwiejących się krajów. Unijni przywódcy chcą, by ten lewar był cztero- lub pięciokrotny. Unia w pierwszej kolejności liczy na Chiny. Nicolas Sarkozy, prezydent Francji, już kilka godzin po zakończeniu szczytu rozmawiał telefonicznie z Hu Jintao, prezydentem Chin. „Obie strony zgodziły się ściśle współpracować na rzecz stabilizacji na świecie” — oświadczyło biuro prezydenta Francji. Chiny dysponują kapitałem znacznie przewyższającym potrzeby strefy euro. Rezerwy zagraniczne banku centralnego przekraczają już 3,2 mld USD (2,3 mld EUR). Państwowe fundusze inwestycyjne to kolejny bilion dolarów (0,7 bln EUR). Potrzebna jest jedynie wola polityczna. — Chiny potrzebują czasu, by dokładnie przeanalizować plan ratunkowy dla strefy euro i ofertę uczestniczenia w tym planie — mówi Shen Jianguang, ekonomista Mizuho Insitute, banku z Hongkongu. Chińczycy będą chcieli wykorzystać tę okazję do wzmocnienia swojej roli na świecie. Jeśli dadzą pieniądze, to na swoich warunkach. Kwestie finansowe — np. oprocentowanie czy czas pożyczki — będą sprawą drugorzędną. — Chiny będą chciały zwiększyć swoją pozycję w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Być może, zażądają też od strefy euro większego otwarcia swojego rynku, choć to nie jest obecnie łakomy kąsek, bo na silny popyt nie mogą tu liczyć — mówi Mateusz Szczurek.
Jest z czego brać
Pomoc może nadejść również z Japonii. Choć sama od lat przeżywa problemy gospodarcze, to jej bank centralny — dzięki permanentnej nadwyżce w handlu zagranicznym — posiada potężne rezerwy (1,14 bln USD). Źródło, na które powołuje się Bloomberg, twierdzi, że Japonia wyraziła wstępne zainteresowanie wzięciem udziału w programie. Strefa euro liczy też na pozostałe kraje BRIC, a więc Brazylię, Rosję i Indie. Ich łączne rezerwy sięgają 1,2 bln USD. Kraje te musiałyby jednak zmienić strategię zarządzania rezerwami — teraz kupują tylko najbezpieczniejsze papiery. — Nie liczyłby na duże kwoty. Dlaczego kraje te miałyby pakować się w grzęzawisko? Mogą uznać, że lepiej te pieniądze wydać na zbrojenia, na wypadek gdyby sytuacja stała się jeszcze gorsza — twierdzi Stephen King, główny ekonomista HSBC. Nieoficjalnie wśród potencjalnych „ratowników” strefy euro wymienia się też Norwegię. W funduszu emerytalnym, uzbieranym z dochodów ze sprzedaży źródeł naturalnych, rząd Norwegii ma odłożone 0,6 bln USD. Poważnymi sumami dysponują też kraje Bliskiego Wschodu — ich fundusze suwerenne (odkładane na czas, kiedy zasoby naturalne się skończą) zarządzają kwotą 1,5 bln USD.
OPTYMISTA
WITOLD ORŁOWSKI
doradca ekonomiczny PwC
O Grecji
Najważniejsze, że strefa euro wreszcie podjęła ostateczne decyzje. Spekulacje na temat tego, czy, jak i komu Grecja spłaci zobowiązania, trwały już prawie dwa lata i tylko komplikowały rozwiązanie tego problemu. Teraz już wiadomo, że inwestorzy otrzymają połowę należnych im pieniędzy i wiadomość ta nikogo już nie niepokoi ani nie rozczarowuje.
O funduszu ratunkowym
Niejasności jest jeszcze wiele, ale optymistyczne jest to, że strefa euro wreszcie wybrała kierunek, w którym chce podążać. Zamierza zwiększyć moce Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, zgodziła się na jego lewarowanie [tworzenie finansowej dźwigni: zaciąganie długu, by kupić papiery, których następnie używa się jako zastaw pod nowe długi – red.] i zamierza szukać kapitału poza kontynentem.
O bankach
Strefa euro ustaliła jasny, ambitny cel uzdrawiania europejskich banków przez poprawianie ich wskaźników. Oczekiwany na czerwiec 2012 r. wskaźnik kapitału do aktywów dla wszystkich banków na poziomie 9 proc. jest dość wysoki, niemieckie banki przetrwałyby nawet z niższymi wskaźnikami. Ale warto dmuchać na zimne.
PESYMISTA
JANUSZ JANKOWIAK
główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu
O Grecji
Strefa euro na szczycie przedstawiła polityczne ramy, ale one ciągle nie są wypełnione treścią. Sama decyzja o 50-procentowej redukcji zadłużenia Grecji nie rozwiązuje podstawowego problemu: czy kraj ten stanie na nogi? Dług rządu w Atenach ciągle będzie ogromny, a gospodarka mało konkurencyjna. Nadal nie ma więc gwarancji, że Grecja spłaci pozostałą połowę długów.
O funduszu ratunkowym
Obraz przedstawiony po szczycie jest ciągle bardzo mętny. Wiemy tylko, że strefa euro chce zdobyć dodatkowe pieniądze, ale nie mówi, jak to zrobi. Przekonać kogokolwiek spoza strefy euro, by włączył się w ten program, będzie bardzo trudno. Hasło „ratujmy upadające państwa” to marna zachęta do inwestowania kapitału.
O bankach
Zmuszenie banków do podniesienia w kilka miesięcy kapitałów o kilka punktów procentowych może mieć poważne konsekwencje dla realnej gospodarki. Możemy zobaczyć nagłe wyprzedawanie aktywów (a więc spadek ich cen) oraz silne ograniczenie akcji kredytowej. Firmy w Europie mogą odczuć nagłe odcięcie od kapitału.
Reglamentowanie kredytów byłoby nieracjonalne, ale rynek się zmienia
Problemy europejskich banków to problemy banków w Polsce. Na szczęście pośrednio. Hamowania akcji kredytowej nie będzie. Mówiło się o kwocie aż 200 mld EUR, jaką europejskie banki będą potrzebowały na wzmocnienie kapitałów. Stanęło na 106 mld EUR. O tyle banki w UE muszą podnieść kapitały, by osiągnąć współczynnik wypłacalności na poziomie 9 proc. (stosunek kapitału do aktywów ważonych ryzykiem), którego wymaga Europejski Nadzór Finansowy (EBA). Daje im na to czas do 30 czerwca 2012 r. Do końca tego roku muszą one z lokalnymi nadzorami ustalić, w jaki sposób pozyskają kapitał. Nie wiadomo, o jakie banki chodzi. EBA nie wymienił ich z nazwy, opublikował natomiast listę krajów, gdzie zapotrzebowanie na kapitał jest największe. Na czele jest Grecja z kwotą 30 mld EUR, dalej Hiszpania (26,1 mld EUR), Włochy (14,7 mld EUR), Wielka Brytania (8,8 mld EUR) i Portugalia (7,8 mld EUR). Kilka banków już ogłosiło, że spełnia kryteria: holenderska grupa ING, właściciel Banku Śląskiego, belgijski KBC, akcjonariusz Kredyt Banku, oraz francuskie BNP Paribas (dawny Fotris), Societe Generale (Eurobank) oraz Credit Agricole (dawny Lukas).
Problem płynności
Na liście EBA nie ma Polski, bo też nasze banki na tle UE są bardzo dobrze skapitalizowane. Współczynnik wypłacalności dla całej branży wynosi 12 proc., a więc znacznie powyżej minimalnego poziomu 9 proc. — Mamy spory bufor kapitałowy. Jest miejsce na prowadzenieakcji kredytowej — ocenia Krzysztof Kalicki, prezes Deutsche Bank Polska. Teoretycznie. Od strony kapitałowej banki są bezpieczne, mogą mieć jednak problem z płynnością. Stosunek kredytów do depozytów wynosi w Polsce 120 proc., co mówiąc w uproszczeniu, oznacza, że jedna czwarta kredytów finansowana jest nie z krajowych oszczędności, lecz pożyczek udzielanych rodzimym bankom przez zagraniczne centrale. W przyszłości mogą one być mniej skłonne do finansowania swoich córek. Lobby bankowe przestrzegało bowiem EBA i unijnych polityków, że wymóg podwyższenia kapitałów może spowodować, że zamiast szukać go na rynku, banki ograniczą akcję kredytową. — Nie ma powodów, dla których mielibyśmy rozważać wstrzymanie akcji kredytowej. Każdy kolejny kwartał potwierdza, że aktywnie finansujemy zarówno polskie przedsiębiorstwa, jak i klientów indywidualnych — zastrzega Cezary Stypułkowski, prezes BRE Banku. Przyznaje, że bank znaczną część portfela kredytów hipotecznych we franku szwajcarskim finansuje pożyczkami u matki. Są to jednak pożyczki długoterminowe — do końca 2012 r. zapada jedynie niewiele ponad 15 proc. całej sumy. — Nie widzimy zatem ryzyka związanego z tym rodzajem finansowania. Potwierdzają to również deklaracje naszego głównego akcjonariusza — mówi szef BRE Banku. Takie ryzyko dla całego sektora dostrzega natomiast Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Bank Polska. — Zagraniczne grupy bankowe, szczególnie te, dla których nasz kraj nie jest strategicznie ważny, mogą zmniejszyć pulę dostępnego finansowania dla polskich spółek zależnych, co wywołałoby u nas zwiększenie konkurencji o depozyty klientów. W efekcie kredyt w Polsce mógłby się stać mniej dostępny i droższy — twierdzi Piotr Czarnecki.
Hamowanie z innego powodu
Większym optymistą jest Maciej Bardan, prezes Kredyt Banku, który uważa, że rozwiązania przyjęte podczas unijnego szczytu, podwyższające bezpieczeństwo banków, powinny poprawić płynność. — Znika element niepewności na rynku międzybankowym, to wpływa pozytywnie na płynność, bo nie ma ryzyka upadłości banków — mówi prezes Kredyt Banku. Mateusz Morawiecki, szef BZ WBK, z dystansem podchodzi do zapowiedzi europejskich banków o hamowaniu akcji kredytowej. W Polsce akcja kredytowa będzie słabła nie ze względu na ograniczenia płynące z zagranicznych centrali, lecz w wyniku pogorszenia sytuacji makroekonomicznej. Spowolnienia obawia się również Krzysztof Kalicki, wskazując na osłabienie gospodarcze jako główny czynnik hamowania akcji kredytowej. — Trzeba być optymistą. W 2009 r. też się obawialiśmy, czy kredyty popłyną do gospodarki. Uważam, że sektor finansowy teraz też zaspokoi popyt — mówi Włodzimierz Kiciński, prezes Nordea Banku. Arkadiusz Mierzwa, szef komunikacji Pekao, twierdzi, że jedynym kryterium decydującym o tym, czy rozwijać akcję kredytową, będzie analiza i ocena konkretnych projektów oraz klientów. Piotr Czarnecki dodaje, że z punktu widzenia centrali polskich banków reglamentowanie kredytów byłoby „działaniem mocno nieracjonalnym”. — Zarówno sytuacja kapitałowa oraz płynnościowa polskich banków, jak i stan polskiej gospodarki są dobre — mówi szef Raiffeisena.
Ekonomiści maja wątpliwości, rynki już nie
MARCIN R. KIEPAS,
analityk X-Trade Brokers DM
Ekonomiści z dużym sceptycyzmem przyjęli ustalenia szczytu strefy euro. Politycy zdołali wykonać niezbędne minimum. Jeżeli po drodze nie pojawią się komplikacje, to pożar europejskiego domu zostanie ugaszony. O jego odbudowie nikt jednak nie pomyślał, przez co ryzyko wybuchu kolejnego pożaru będzie się utrzymywać. Inaczej zareagowały rynki. Inwestorzy wpadli w euforię. Tu lekko pomogły dane o amerykańskim PKB. Ponad 5-procentowe wzrosty DAX i CAC40, przekraczająca 3 proc. zwyżka indeksu WIG20 czy też ponad 2-procentowe wzrosty w pierwszej godzinie handlu na Wall Street doskonale tę euforię ilustrują. Podobnie jak wzrost cen ropy — o ponad 2 proc. i miedzi o prawie 5 proc. Widać było też rajd EUR/USD z okolic 1,38 w środę do 1,41 wczoraj. Inwestorzy uznali, że powoli strefa euro zmierza w kierunku rozwiązania problemów. Ile potrwa euforia? W scenariuszu pesymistycznym, budowanym na podobnym zachowaniu rynków przed i po oficjalnym ogłoszeniu QE2 przez Fed, nastroje popsują się już w poniedziałek. W scenariuszy optymistycznym dopiero za 1-2 tygodnie, po czym rozpocznie się 2-4-tygodniowa korekta.