Krajowe indeksy spadają, rosną nadzieje na odbicie

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-07-04 00:00

Oczy inwestorów zwrócone były wczoraj w kierunku USA, skąd po południu miały nadejść ważne informacje o stanie rynku pracy. Mogły one albo przypieczętować los giełdowych indeksów, albo przedłużyć nadzieję na zahamowanie czarnej serii.

Oczekiwaniu na wieści zza Atlantyku towarzyszyły wisielcze nastroje. W środę nagły podskok notowań ropy wywołał niemal panikę na Wall Street, a indeks S&P500 znowu oparł się na linii wyznaczonej przez tegoroczne minimum. Amerykańska giełda znalazła się w krytycznym punkcie, bombardowana złymi wieściami z rynku surowcowego i tuż przed rozpoczęciem publikacji kwartalnych raportów spółek, które mogą niemile zaskoczyć. Nawet jedna kropla mogła w tej sytuacji przelać czarę.

Mimo wyczerpania spadkami warszawski rynek nie miał wyboru i podobnie jak inne europejskie giełdy, otworzył się 1 proc. pod kreską. Pierwszy impet podaży skupił się na blue chipach, których indeks niebezpiecznie zanurkował w kierunku 2500 pkt, skąd na szczęście szybko zawrócił. Ten poranny dołek nie został pogłębiony, ale znacznie gorzej potoczyły się losy mniejszych spółek. Trudno się jednak temu dziwić, skoro w czerwcu ponownie wezbrała fala umorzeń z funduszy inwestycyjnych.

Los spółek z drugiej linii został przesądzony już na początku sesji, ale blue chipy nie poddawały się i próbowały wydostać się nad kreskę. Te próby omal nie zakończyły się powodzeniem, gdy z USA napłynęły wyczekiwane dane. Okazały się one zbliżone do prognoz i choć świadczyły o słabości rynku pracy, nie potwierdziły obaw przed raptownym wzrostem stopy bezrobocia.

Rynki akcji zareagowały odbiciem, niebezpieczeństwo krachu zostało oddalone, a termin decydującej batalii przesunął się na następny tydzień. WIG20 błyskawicznie wzrósł ponad 1 proc. i na moment osiągnął upragniony cel. Ponieważ początek notowań za oceanem okazał się kapryśny, indeks zakończył dzień spadkiem o 0,3 proc., co należy mimo wszystko uznać za sukces.

Końcowy wynik byłby lepszy, gdyby nie fatalna postawa KGHM, który stracił blisko 4 proc. mimo rekordowych ostatnio notowań miedzi. Także niemal 2-procentowy spadek PKO BP okazał się balastem. Kolejny wzrost notowań Telekomunikacji nie był w stanie stworzyć odpowiedniej przeciwwagi. Pomimo niezłej kondycji największych firm spadki mniejszych spółek przesądziły o niemal trzykrotnej przewadze akcji taniejących nad drożejącymi. Obroty wzrosły do poziomu 1,4 mld zł.

Co dalej?

Nie taki zŁy spadek

Mimo spadku indeksów sesji nie można uznać za zupełnie nieudaną. Widać wyraźnie, że przynajmniej największe spółki szukają okazji do odbicia. Jeśli poprawa nastrojów na Wall Street potrwa nieco dłużej, najbliższe sesje mogą przynieść inwestorom upragnioną pociechę.

Włodzimierz Uniszewski