Kredyty wyborcze dla partii z PKO BP - prasa

Polska Agencja Prasowa SA
opublikowano: 2005-09-23 07:43

W ostatnich dniach nie tylko politycy z drżeniem serca obserwują wyniki kolejnych sondaży przedwyborczych. W telewizor z napięciem patrzą też szefowie państwowego banku PKO BP, który aż czterem partiom pożyczył pieniądze na kampanię. Pożyczył pod zastaw subwencji z budżetu przysługujących tylko tym partiom, które zdobędą co najmniej 3 proc. głosów - wyjaśnia "Gazeta Wyborcza".

W ostatnich dniach nie tylko politycy z drżeniem serca obserwują wyniki kolejnych sondaży przedwyborczych. W telewizor z napięciem patrzą też szefowie państwowego banku PKO BP, który aż czterem partiom pożyczył pieniądze na kampanię. Pożyczył pod zastaw subwencji z budżetu przysługujących tylko tym partiom, które zdobędą co najmniej 3 proc. głosów - wyjaśnia "Gazeta Wyborcza".

PiS przyznają się do "wyborczych" kredytów w PKO BP na łączną kwotę około 15 mln zł, PO zaś  - 12 mln zł. Za pieniądze tego banku swe kampanie finansują też Samoobrona i LPR (po 8 mln zł).

PKO BP - jako jedyna instytucja spośród kilkudziesięciu na polskim rynku finansowym - wpadł na pomysł "kredytu wyborczego". Ale kredytowanie partii politycznych to zupełnie inna para kaloszy niż udzielanie pożyczki zwykłemu Kowalskiemu. Zamiast zaświadczeń o dochodach spece od ryzyka kredytowego zabrali się do analizowania... sondaży -pisze dziennik.

"Żeby nikogo nie skrzywdzić, braliśmy pod uwagę wszystkie najważniejsze instytuty badawcze i liczyliśmy średnią" - opowiada gazecie Marek Kłuciński, rzecznik PKO BP.

Punkty sondażowe to konkretne złotówki. Z informacji dziennika wynika bowiem, że im wyższe poparcie dawały sondaże danej partii, tym niższe oprocentowanie proponował jej politykom bank. PO zapłaci więc najpewniej niższe odsetki niż LPR i Samoobrona. Ile konkretnie? Bank odmawia odpowiedzi. Marek Kłuciński zdradził tylko, że poniżej pewnego progu PKO BP odsyłał polityków z kwitkiem - informuje "Gazeta Wyborcza".