Otwarcie notowań wypadło w stylu zapożyczonym z filmów Hitchcocka- indeksy zgodnie runęły w przepaść tracąc ponad 5 proc. GPW z miejsca stała się najbardziej przecenionym rynkiem Europy. Nic dziwnego, że jedyną rosnącą spółką z Wig20 był... czeski CEZ. Wygląda na to, że jakimś sposobem ratowania koniunktury w Warszawie mogłoby być wprowadzenie do indeksu jak największej liczby spółek zagranicznych, wolnych od tak "silnego" akcjonariatu jak uczestnicy krajowych TFI.
Poziom 3000 pkt. na Wig20 pękł jak zapałka, a indeksowi udało się nawet zjechać z rozpędu pod linię znajdującą się całe 100 pkt. niżej. Tutaj zapał do pozbywania się akcji nieco ostygł, gdyż zaczęły się poprawiać notowania amerykańskich kontraktów, które zyskały kilkadziesiąt punktów. Pojawiły się popytowe koszyki na największe spółki, dzięki czemu Wig20 odrobił połowę strat i jest teraz niecałe. 3 proc. pod kreską. Poprawiła się także sytuacja w segmencie mniejszych spółek, ale raczej symbolicznie. Tam nadal rządzą niedźwiedzie. a mWig i sWig tracą po 4 proc.
Wygląda na to, że rynek zaabsorbował największy impet podaży, a papiery przeszły w nieco silniejsze ręce. Dalsze losy sesji będą zależeć od tego, czy kupujący dzisiaj przecenione akcje wytrzymają z nimi do ostatniego dzwonka. Jeśli sytuacja za granicą zacznie się po południu pogarszać, indeksy GPW mogą wrócić na poranne minima. Ostrożność inwestorów widać choćby po zmniejszonej bazie kontraktów na Wig20. W tej chwili kontrakty na Dow Jones Industrials sugerują 80 pkt. spadek na otwarciu. Większość rozwiniętych rynków Europy notuje spadki rzędu 1 proc. Wszyscy czekają teraz na wieści z amerykańskich spółek oraz dane o inflacji detalicznej w USA, które zostaną ogłoszone o 14.30. Spodziewany jest jej wzrost o 0,2 proc.
Włodzimierz Uniszewski