Kryminogenna droga komputera pod strzechy

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-06-02 00:00

Dlaczegoś głupi — bom biedny, a dlaczego biednyś — bom głupi — głosi stara mądrość, choć nie wszyscy gotowi są zaakceptować płynącą z niej prawdę, wyciągnąć wnioski, a za swój stan (finansów i umysłu) gotowi są obarczać zły los, siłę wyższą, nieprzyjazne otoczenie, słowem wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. Chyba właśnie dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia w resorcie edukacji, dumnie zwanym Ministerstwem Edukacji Narodowej i Sportu.

To, że oświata nigdy do nazbyt bogatych nie należała, wiemy wszyscy i od zawsze. To jednak, że ciągle nie wyciąga się z tego jakichkolwiek wniosków — musi, co najmniej, dziwić. Ale od początku. Jakiś czas temu wymyślono i zastosowano w naszym kraju, sprawdzający się na całym świecie, system zaopatrywania się jednostek budżetowych w dobra wszelakie drogą przetargów publicznych. Dzięki temu, a może przez to, wielu już siedzi, a jeszcze więcej powinno, ale — podobnie jak z demokracją, która nie jest przecież najdoskonalszym z ustrojów, ale lepszego na razie nie wymyślono — nic tutaj także lepszego nie wymyślono. Przetargi funkcjonują. Raz lepiej, raz gorzej — przeważnie gorzej.

Niejako niezależnie, w ministerstwie od nauki (jakkolwiek by się akurat nazywało) wymyślono i uznano za konieczne, że nie tylko Wieszcze, ale i komputery muszą trafić pod strzechy. Trzeba je więc kupić, oczywiście drogą przetargów publicznych. No i zaczęły się kłopoty. Bo z jednej strony ogromna chęć dopomożenia szkolnej dziatwie, zetknięcia jej z nowoczesnymi technikami informacyjnymi (nawet Wieszcz łatwiej przechodzi przez internet), z drugiej — pusta lub prawie pusta kasa. Z tego nie mogło wyjść nic dobrego. I nie wyszło.

Najpierw kłopoty miała wrocławska firma JTT, która miała nieszczęście wygrać przetarg na dostawę komputerów do szkół kilka lat temu, ale jej kłopoty z fiskusem skończyły się (jeszcze nie do końca) dopiero kilka tygodni temu. Nadal ma problemy z fiskusem, prokuraturą, służbami specjalnymi Optimus, a przede wszystkim jego założyciel i szef, Roman Kluska, który — na skutek durnych przepisów — swoje komputery musiał eksportować na Słowację, by natychmiast je sprowadzić z powrotem. Po co? Żeby było taniej i więcej pracowni komputerowych trafiło do szkół.

Teraz kłopoty stały się udziałem firm Comarch i Aram, które dostarczyły do kilkuset szkół sprzęt skonfigurowany niezgodnie z zamówieniem (czytaj: z gorszymi podzespołami). To się może zdarzyć, może ktoś chciał zaoszczędzić, może ktoś był zbyt pazerny, a może ktoś się tylko pomylił? — to, miejmy nadzieję, zostanie wyjaśnione. Ale nijak nie możemy zrozumieć, dlaczego szanowne ministerstwo, miast wyjaśnić po męsku sprawę, „mataczy” (to takie modne słowo autorstwa posła Rokity — już kryminalisty), kręci, milczy i chowa głowę w piasek. To, to już z pewnością trzeba wyjaśnić.