Kryzys nauki czy kryzys w nauce?

  • Marek Mejssner
opublikowano: 15-06-2015, 09:56

"Czarna procesja" nauki polskiej, prezydent-elekt apelujący do rządu o "poważne potraktowanie postulatów środowisk naukowych", wielka debata "Nauka i szkolnictwo wyższe po 2020 roku" - jak zapobiec katastrofie?", to już nie objawy, ale efekty poważnego kryzysu, jaki od ponad 15 lat toczy naukę w RP. I dopowiadając rzecz do końca - nie ma mowy o innowacjach tworzonych przez polską naukę, dopóki przyczyny tego kryzysu nie zostaną zlikwidowane.

Jednak, mimo "czarnych procesji" i gromkich oświadczeń zarówno ze strony resortu nauki jak i całego środowiska naukowego, wszyscy  główni aktorzy na polskiej scenie naukowej są po równo za ten kryzys odpowiedzialni i usiłują obecnie rozpaczliwie zdjąć z siebie odium winy zwalając je na drugą stronę. Jeśli bowiem się przyjrzeć, to obie strony tolerowały i tolerują nadal patologie obficie pleniące się w polskim życiu naukowym.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa wyższego prezentuje samozadowolenie, nieco na zasadzie "może są pewne błędy, ale są też i podwyżki dla pracowników nauki i ogólnie idziemy w słusznym kierunku". Jakoś resortu nie stresują takie zjawiska jak lawinowy rozwój sprawozdawczości naukowej, zabierający czas na jakąkolwiek pracę własną, czy zerowy dostęp do naukowych baz danych (mają go tylko najlepsze w klasyfikacji instytuty i wydziały, bo ponoć zbyt drogo kosztuje)

Nie stresuje pozwalanie na "prywatę" w dziedzinie oceniania dorobku naukowego - bo czymże jeśli nie prywatą niektórych środowisk jest ministerialna lista wyceny publikacji w czasopismach naukowych utrwalająca tradycję 1000 publikacji w krajowych "pampersach" bez IF, dających stanowisko profesora, zamiast 10 publikacji w pismach zachodnich o wysokim IF?

Nie stresuje resortu kryzys w grantach panelu NZ,gdzie większość grantów zgarniają wciąż te same instytucje i to wcale nie dlatego, że ich pomysły są rewolucyjne, pisanie grantów na wykonane już badania i przyczynkarstwo oraz z Księżyca zdjęta tematyka wielu grantów, które uzyskały akceptację NCN-u (NCBiR jest bardziej rygorystyczny, choć czasem i jemu zdarzają się poślizgi) .

Nie dostrzega się też ainnowacyjnego oceniania patentów i wdrożeń (bardzo niska punktacja w klasyfikacji ministerialnej do dorobku naukowego) oraz wtórności sporej części wszystkich prac naukowych. Zjawisko bezrefleksyjnego omawiania tego co na Zachodzie wymyślono, nadal w Polsce święci triumfy.

Kadrze naukowej jakoś nie przeszkadza ustawianie konkursów w katedrach i instytutach pod wychowanków rządzących tymi placówkami profesorów, którzy od lat nie napisali żadnej istotnej w swojej dziedzinie pracy, a w rozwoju naukowym zatrzymali się na poziomie lat 70. XX wieku.

Nie przeszkadza model kariery "Y był naszym studentem, robił u nas magisterkę, potem poszedł na studia doktoranckie, zrobił doktorat u prof. X, a że ten wiele mógł, to załatwił mu asystenturę poprzez ustawiony konkurs. Potem  już jako dr Y u prof. X zrobił habilitację i teraz po Starym rządzi Instytutem".

Nie przeszkadza, że uczelnie wyradzają się w szkółki zawodowe gdzie "na małpę" uczy się posługiwania aplikacjami i programowania (i to w stopniu bardzo podstawowym), studenci realizują drobniejsze projekty adiunktów i profesorów, a prace dyplomowe zaczynają być zastępowane przez "projekty", w trakcie których student uczy się posługiwania określonymi urządzeniami i zarządzania liniami produkcyjnymi czyli de facto tego, co umie technik na Zachodzie.Nie przeszkadzają też "studia dla papierka" gdzie podaje się studentom wiedzę zupełnie oderwaną od rzeczywistości danej dziedziny i często przestarzałą o drobne 20-30 lat.

Nie przeszkadza także powszechna już w RP praktyka przymusu dopisywania szefów pracowni, Instytutów czy Wydziałów lub Klinik do prac naukowych, realizowanych przez zdolniejszych i pracowitszych, ale niżej stojących w hierarchii współpracowników i podwładnych i nabijanie sobie w ten sposób przez szefostwo indeksów Hirscha i IF. Nikt nie widzi też wtórności prac naukowych (tak samo jak  nie widzi ich resort nauki),a plagiaty zwykle wtedy są ścigane jeśli ich "wytwórcy" mają pecha i dobiorą się do nich media.

Nie przeszkadza lekceważenie badań naukowych, a zamiast nich "tłuczenie" dobrze płatnych zleceń dla firm i przemysłu w godzinach pracy na instytutowym czy wydziałowym sprzęcie. W efekcie powstają "prace naukowe" np. o wpływie tego lub innego farmaceutyku na określony typ komórek, których użyteczność dla nauki jest mocno dyskusyjna, ale dla firmy - wielka.

Na koniec nie przeszkadzają feudalne traktowanie oraz maniery panów i władców u niektórych przedstawicieli wyższej kadry naukowej wobec podwładnych, zwłaszcza kobiet. Prowadzi to do sytuacji, za które trzeba się potem wstydzić na międzynarodowych kongresach. Czasem także do otwartego mobbingu, rzadko jednak kończącego się przed sądem, bo ofiara bywa często bezradna.

Wiele osób może uznać tą opinię za niesprawiedliwą i pisaną żółcią. Niestety, zjawiska w niej przedstawione istnieją i nadal mają się dobrze. I dopóki nie zostaną nazwane po imieniu, a główni aktorzy sceny naukowej nie zabiorą się solidarnie do ich likwidacji (ale nie metodą zamiatania pod dywan) trudno będzie uwierzyć w chęć naprawy nauki. Łatwo za to - w chęć ugrania czegoś dla swojego środowiska czy wręcz opcji politycznej przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi i w obliczu przewidywanej zmiany warty w polskiej polityce.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Mejssner

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Innowacji / Kryzys nauki czy kryzys w nauce?