Można powiedzieć, że światowy rynek walutowy nie ucierpiał w wyniku kryzysu. Podobnie jak w przypadku poprzednich globalnych konwulsji gospodarczych, na rynku tym zawsze pojawiało się sporo okazji do zarobku — niewątpliwie był on jednak również skrajnie zmienny.
Na zamknięciu w piątek 12 września 2008 r. cross EUR/USD osiągnął 1,4224. W poniedziałek po bankructwie Lehman Brothers dolar spadł tak bardzo, że już na zamknięciu 22 września za euro można było kupić aż 1,4774 USD — był to ruch, u którego podstaw leżały głównie nastroje rynkowe, ponieważ to Ameryka miała problem. Jednak wkrótce obawy rozprzestrzeniły się jak pożar po całym świecie.
Nagle inwestorzy rzucili się na dolary — niektórzy potrzebowali ich, żeby zatkać dziury w zdewastowanych przez rynki nieruchomości bilansach, ale sporą aktywność wykazywali również zdesperowani poszukiwacze bezpiecznej przystani. Dolar był i nadal jest jedyną prawdziwą walutą rezerwową świata — portem macierzystym największego, najpłynniejszego i najbezpieczniejszego rynku obligacji skarbowych. Rzeka dolarów trafiła do przepastnych sejfów amerykańskiego rządu, który zwęszył okazję do upchnięcia na rynku ton obligacji, a przy okazji wartość "zielonego" poszybowała w górę: 27 października za euro można było dostać zaledwie 1,2493 dolara.
Do końca roku Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych (Fed) mocno obniżyła jednak swoją stopę Fed Funds, do 0,25 proc., reagując znacznie szybciej i agresywniej od Europejskiego Banku Centralnego — to z kolei nie spodobało się potencjalnym nabywcom dolara i w rezultacie 31 grudnia euro warte było 1,3971 USD.
Chwilę później byliśmy świadkami początku ucieczki do bezpiecznych przystani. Chciwość tylko na moment ustąpiła jednak strachowi, ponieważ już wkrótce pojawiły się nieco spokojniejsze okresy, w trakcie których dominującą siłą napędową rynków ponownie stała się pogoń za zwrotem z inwestycji. Rynkowi gracze bardzo chętnie kupowali wówczas waluty wysoko oprocentowane, takie jak brazylijski real. Brazylijski minister finansów Guido Mantego stał się sławny, gdy ukuł frazę "wojny walutowe", by opisać proces, za pośrednictwem którego państwa starają się osiągnąć konkurencyjną dewaluację swojego pieniądza w celu zapewnienia korzystnych warunków swoim sektorom eksportowym.
Obroty na rynku walutowym poszybowały w górę pod koniec 2008 r., jednak niestety jedyne oficjalne badanie rynku przeprowadzane przez Bank Rozliczeń Międzynarodowych publikowane jest zaledwie raz na trzy lata — wyniki ostatniego ogłoszono we wrześniu 2010 r. Wykazało ono, że codzienne obroty rynku walutowego wyniosły w USA 4 biliony dolarów, co stanowiło wzrost w stosunku do 3,3 mld dolarów w 2007 r.
Wpływ Chin na rynek walutowy ma wiele aspektów. Chińskie władze codziennie kupują miliardy dolarów amerykańskich, by powstrzymać związaną z chińską nadwyżką handlową zbyt szybką aprecjację juana, tamtejsza gospodarka zaś może okresowo poważnie wpływać zwłaszcza na rynek walutowy. Złe wieści z Państwa Środka uważane są za złe dla tych walut, których gospodarki uzależnione są od nienasyconego apetytu Chińczyków na surowce, czyli głównie dla dolara australijskiego. Gdyby Chiny kiedykolwiek ucierpiały z powodu poważnego załamania, załamałaby się również waluta Australii.
Ben Bernanke, szef Fedu, w przemówieniu na konferencji w Jackson Hole 26 sierpnia poważnie zasugerował, że należy liczyć się z QE3, a to najprawdopodobniej wywoła krótkotrwałą hossę na rynku akcji — być może jeszcze w 2011 r. Spodziewałbym się, że dolar będzie w tym okresie słaby, jednak to się może zmienić w związku z eskalacją kryzysu w strefie euro — choć ostatnio waluta Amerykanów nie cieszyła się statusem bezpiecznej przystani. Gdy gracze wyłożą karty na stół, sytuacja może ulec diametralnej odmianie.
Nick Beecroft
Saxo Bank