KSSE MA DLA INWESTORÓW INNĄ OFERTĘ
Zamiast grantów strefa rozważa nowy system ulg
OBOK STREFY: Przygotowujemy projekt zagospodarowania gruntów także poza strefą. Rozmawiamy już z kilkoma gminami, które są skłonne zwolnić inwestorów z lokalnych podatków — mówi Piotr Wojaczek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. fot. Grzegorz Kawecki
Zarząd Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, największego obszaru zwolnień podatkowych w kraju, nie przygląda się bezczynnie zabiegom Unii Europejskiej, która kategorycznie domaga się likwidacji stref. Aktywnie pertraktuje więc z kolejnymi firmami, które do końca roku mają zainwestować jeszcze około 2 mld zł i stworzyć 5-6 tys. miejsc pracy. Zamiast unijnych grantów proponuje negocjowanie wysokości ulg podatkowych.
W ciągu kilku najbliższych dni w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej zostaną rozstrzygnięte trzy przetargi. Dwie kolejne firmy strefa wybierze na przełomie lutego i marca. Piotr Wojaczek, prezes KSSE, zapowiada, że do końca roku na terenie strefy powstanie 5-6 tys. nowych miejsc pracy.
Zarząd strefy spieszy się, bo zgodnie z deklaracjami ministra gospodarki, Janusza Steinhoffa, 2000 rok jest ostatnim rokiem wydawania zezwoleń inwestycyjnych.
— Liczę, że do końca 2000 r. zaangażowanie kapitałowe w KSSE wzrośnie o około 2 mld zł — z 3,5 do 5,5 mld zł. Nie potrafię określić, ilu inwestorów uda nam się zdobyć. Może to być zarówno kilka znaczących spółek lub kilkanaście mniejszych firm. Nie nastawiam się już na pozyskiwanie dużych inwestorów — mówi Piotr Wojaczek.
Wśród zainteresowanych są m.in. cztery firmy z branży motoryzacyjnej.
— Są to kooperanci fabryk samochodów. Dla nich musimy ogłosić przetargi w ciągu 90 dni. Niewykluczone, że za trzy miesiące nie będziemy już mogli wydawać zezwoleń firmom z sektora motoryzacji — wyjaśnia prezes Wojaczek.
Kropla w morzu
Katowicka SSE składa się z czterech obszarów inwestycyjnych. Jej potencjał pozwala na zaangażowanie 8 mld zł. Według prezesa Wojaczka, chłonność pozostałych 15 działających stref nie przekracza 10 mld zł.
— W sumie w polskich strefach można zaangażować mniej niż 5 mld USD (ponad 20 mld zł). Nie jest to zbyt wygórowana suma w porównaniu z inwestycjami w krajach UE. Nie jesteśmy żadnym zagrożeniem i nie rozumiem unijnego darcia szat — dziwi się prezes Wojaczek.
W krajach UE zamiast zwolnień podatkowych inwestorom oferuje się granty wypłacane z budżetu państwa. Ich wysokość nie może przekroczyć 50 proc. wartości inwestycji. Podobny system ma obowiązywać w Polsce. Na razie przygotowywana ustawa o warunkach przyznawania pomocy publicznej, która ma określić sposób wypłaty grantów, ani słowem nie wspomina o strefach ekonomicznych.
— Ten projekt to wylewanie dziecka z kąpielą — uważa prezes Wojaczek.
Wszyscy są też zgodni co do tego, że Polski po prostu nie stać na płacenie grantów.
— W budżecie nie ma pieniędzy na oświatę i służbę zdrowia. Jeśli nawet rząd wygospodaruje na granty jakieś niewielkie pieniądze, np. 100 mln zł, to między kogo je podzielić — pyta prezes.
Piotr Wojaczek będzie starał się za wszelką cenę utrzymać system ulg dla inwestorów.
— Ulgi powinny być zachowane, ale na niższym poziomie. Chciałbym mieć możliwość negocjowania wysokości zwolnienia z podatku. Najlepszy byłby system zgodny z powiedzeniem „każdemu według zasług”. Duży inwestor, który stwarza dużo miejsc pracy, dostanie dużą ulgę. W przypadku mniejszych nakładów zwolnienie będzie niższe — tłumaczy Piotr Wojaczek.
Projekt nowelizacji ustawy o strefach, który przewiduje wprowadzenie ulg nie przekraczających 50 proc. wartości inwestycji, przedstawił kilka dni temu wiceminister gospodarki Tadeusz Donocik. Całkowicie zmienia on poprzednie stanowisko rządu, zakładające przyznawanie grantów. Projekt otrzymał jednak negatywną opinię Komitetu Integracji Europejskiej, zanim jeszcze trafił pod obrady rządu.
Unia się myli
Zdaniem prezesa katowickiej strefy, nie ma potrzeby rezygnować ze stref przed włączeniem Polski do UE.
— Takie obszary działają na Węgrzech, Słowacji, w Czechach i w całej Unii. Negocjatorzy powinni mieć twardą strategię — twierdzi Piotr Wojaczek.
Polsce zarzuca się, że dzięki pomocy publicznej poniesione nakłady inwestycyjne zwracają się nawet w 400 proc.
— Unia w rzeczywistości daje dużo więcej niż my. Tam firma dostaje pieniądze i nie musi ich zwracać, jeśli inwestycja się nie będzie rentowna. Nasz inwestor uzależnia zysk od koniunktury na rynku i ryzykuje, że w razie niepowodzenia przedsięwzięcie nie zwróci mu się nawet w połowie. Udowodniliśmy, że gdyby nasza strefa mogła zgodnie z planem działać do 2016 roku, Skarb Państwa zyskałby na tym 50 mld zł — wyjaśnia szef KSSE.
Praca dla wielu
Na inwestowanie w strefie katowickiej zezwolenie ma 50 firm — najwięcej ze wszystkich 15 czynnych stref. Konkurencją dla Katowic miała być strefa mazowiecka, ale nigdy nie zaczęła działać.
W sumie katowiccy inwestorzy zadeklarowali utworzenie 12,5 tys. miejsc pracy. Do tego dochodzą miejsca zatrudnienia, które powstały wokół strefy — w punktach usługowych, sklepach, w służbie zdrowia, która obsługuje inwestorów z regionu. Na terenie strefy już działa 20 fabryk. Do końca 2000 r. ruszy 17 kolejnych.