Kto płaci za bessę

Kamil Zatoński
opublikowano: 2008-01-24 07:50

W końcu mamy dobrą wiadomość dla krajowych inwestorów. Giełdowy dramat znajdzie bezpośrednie odzwierciedlenie w wynikach finansowych zaledwie kilku, kilkunastu notowanych spółek. Problemy będą jednak mieli również ci, którzy zamierzają poprosić inwestorów o pieniądze. I to zarówno po raz pierwszy w historii (w tzw. IPO), jak i po raz kolejny.

Bessa najszybciej uwidoczni się w najbliższych rezultatach kwartalnych spółek zaangażowanych w inne giełdowe podmioty. Chodzi tu o takie walory, które traktowane są jako inwestycja finansowa. Sposoby księgowania zmian wartości posiadanych pakietów są przy tym dwa: pierwszy zobowiązuje do okresowego uwzględniania zysków lub strat bezpośrednio w wyniku finansowym, drugi każe odnosić wzrost (spadek) wartości inwestycji w bilans (a dokładnie w kapitały własne) do momentu sprzedaży aktywów.

Do grupy stosującej pierwszą metodę zaliczyć można m.in. Bioton, który w czwartym kwartale poniesie ponad 21 mln zł kosztów finansowych z powodu obniżenia wartości posiadanego pakietu 3,19 mln akcji HTL Strefy (jeśli oczywiście nie sprzedano części walorów). Straty zanotuje też zapewne Próchnik, który część wolnych pieniędzy lokował do tej pory na giełdzie. W grudniu wiceprezes spółki mówił, że z zamknięciem inwestycji (do czego zarząd został zobowiązany przez radę nadzorczą) poczeka na lepsze czasy. Tymczasem jest jeszcze gorzej, można więc oczekiwać kolejnych strat — księgowych lub już gotówkowych (jeśli akcje sprzedano). Podobnie na złe wieści powinni się przygotować akcjonariusze Ponaru, Capital Partners, Inwest Consulting, BBI Capital czy Jupitera (dwaj ostatni stosują jednak drugą wspomnianą metodę księgowania). W przypadku spółek, których podstawową działalnością jest inwestowanie, dochodzi jeszcze drugi czynnik: kiepska koniunktura giełdowa oznacza niższe zyski z ofert publicznych firm portfelowych.

Z przeprowadzeniem ofert publicznych nie lada problem mogą mieć też spółki już notowane. Pół biedy, jeśli jest to emisja z prawem poboru, a nowe akcje sprzedawane są po „promocyjnej” cenie. Gorzej — jak w przypadku Bytomia i Ganta — jeśli zarząd postawił sobie ambitne zadanie znalezienia chętnych na akcje po cenie odbiegającej już obecnie o ponad 100 proc. od bieżącego kursu giełdowego. Jeśli emisje rzeczywiście obejmą instytucje, to drobni inwestorzy, a także uczestnicy TFI i przyszli emeryci z pewnością chętnie poznaliby uzasadnienie takiej rozrzutności zarządzających.


Optymizmu nie traci na razie tylko Ludwik Sobolewski, prezes GPW. Podtrzymał prognozę około 70 debiutów w tym roku, choć zaznaczył, że spadki spowodują kumulację IPO w drugiej połowie roku. Może to zostać w sferze pobożnych życzeń, bo jeśli indeksy zdecydowanie nie odbiją, to trudno będzie sprzedać jakiekolwiek nowe oferty. Spółki mogą też rezygnować z IPO, uznając, że koszt uzyskania kapitału przy obecnych wycenach byłby nieracjonalnie wysoki.