Ostatnie wydanie programu „Państwo w państwie” poświęcono było przeżyciom rodziny Dziewitów, przedsiębiorców spod Mielca prowadzących młyn, piekarnię i firmę transportową. W niedzielny poranek 2011 r. zawitała do nich brygada antyterrorystyczna. — Dzieci płakały, krzyczały, nie wiedziały, co się dzieje — relacjonował Artur Dziewit.
Paweł Międlar, rzecznik podkarpackiego komendanta wojewódzkiego policji, uzasadniał akcję obawami o trudności z wejściem na posesję. Akcja policji była zaś konsekwencją
decyzji o zatrzymaniu aut jeżdżących w firmach państwa Dziewitów, wydanej przez Krystynę Durę z Prokuratury Rejonowej w Mielcu. — Firma pisała wiele skarg na decyzje Prokuratury Rejonowej w Mielcu jak również na postanowienie sądu. Jednak sędzia Ewa Król utrzymała to postanowienie i wydała samochody bankowi i w firmie leasingowej— żaliła się Stanisława Dziewit.
U podstaw działań policji i prokuratury leżały rozliczenia dotyczące umów leasingowych i kredytowych, na podstawie o których firmy państwa Dziewitów weszły w posiadanie kilkunastu ciągników siodłowych, naczep i furgonetek. Gdy za większość pojazdów spłaciły połowę rat, zaczęło dochodzić do nieporozumień z instytucjami finansowymi. Szło głównie o rozliczanie odszkodowań.Dostawał je leasingodawca, ale miał przekazywać leasingobiorcy, jeśli ten naprawiałby uszkodzone samochody za własne pieniądze. Tak robili państwo Dziewitowie. Problem w tym, że umowy jednoznacznie wskazywały terminy płatności rat, nie wiążąc ich z terminem przekazywania pieniędzy z odszkodowań.
— Jak tylko ubezpieczyciel nas zawiadomił, że odszkodowanie zostało wypłacone, pisaliśmy pismo z prośbą o przeksięgowanie ubezpieczenia na poczet rat. Nie dostawaliśmy żadnej odpowiedzi, więc uważaliśmy, że sprawa jest załatwiona. Jak wzięli sobie pieniądze z ubezpieczenia, to nie będziemy płacić rat. Przecież to logiczne — wyjaśniał nam po programie Stanisław Dziewit.
Ale nie dla leasingodawcy, który uznał, że firmy państwa Dziewitów zalegają z płatnościami za niektóre pojazdy i zaczął wypowiadać wszystkie umowy (pozwalały na to kontrakty). Inny leasingodawca z jakichś powodów nie zaksięgował już opłaconych rat. Do mieleckiej prokuratury trafił wniosek o ściganie państwa Dziewitów za rzekome przywłaszczenie.
Prokuratura podjęła sprawę, mimo że w przypadku banku nie mogło być nawet mowy o przywłaszczeniu, bo prawo własności aut zostało wcześniej przeniesione na firmy państwa Dziewitów, a bank zabezpieczył się poprzez zastaw. Państwo Dziewitowie podkreślają, że pojazdów nigdzie nie ukrywali i cały czas używali w swoich firmach, a spór z leasingodawcami miał charakter cywilnoprawny.
Z całą stanowczością opinię tę podzieliłaProkuratura Okręgowa w Tarnobrzegu, która przejęła sprawę od Prokuratury Rejonowej w Mielcu i w kwietniu 2012 r. umorzyła śledztwo w sprawie rzekomego przywłaszczenia pojazdów. Zaproszeni do studia goście wyraźnie sugerowali, że prokuratorsko-policyjna akcja była przeprowadzona na czyjeś zlecenie.
— Mnie to wygląda na pewien koleżeński układ. Ktoś komuś powiedział: słuchaj, trzeba uderzyć ostro — komentował Jerzy Dziewulski, były antyterrorysta.
— Prokuratura została wykorzystana albo dała się wykorzystać — wtórował mu Janusz Kaczmarek, były prokurator krajowy. Przyciskana przez reporterkę Polsatu ubolewanie za całą sytuację wyraziła prokurator, która do niej doprowadziła. Policja nadal jest w świetnym humorze.
— Po analizie tej akcji możemy powiedzieć, że była to perfekcyjnie przeprowadzona akcja — podkreślał Paweł Międlar.
— Nie da się tego obronić. Żadnego ruchu policyjnego w tej sprawie nie da się obronić — zżymał się Jerzy Dziewulski. Jego zdaniem, takie sprawy powinien załatwiać dzielnicowy, normalnie pukając do drzwi. Konsekwencje akcji państwo Dziewitowie ponoszą do dziś. — W dalszym ciągu ludzie mówią, że mamy powiązania z mafią, że nasze samochody przewoziły broń albo narkotyki. Bo do normalnych ludzi, którzy nie płacą rat, antyterroryści nie przychodzą — mówiła Stanisława Dziewit.