Kurs tresury inwestorów

Weronika A. Kosmala
07-11-2017, 22:00

Unikatowe zdjęcia Zbigniewa Libery — autora bez zahamowań — będą licytowane od 5 tys. zł 9 listopada w Polskim Domu Aukcyjnym w Krakowie.

Jak tresuje się dziewczynki, każdy widzi na filmie, który ma taki tytuł. W spowolnionym tempie dorosłe dłonie podtykają pod mniej wprawione paluszki szminkę, ozdoby, pilniczek do paznokci. Żeby się wyuczyły, w ramach machiny udeptanych płciowych stereotypów, której na co dzień — klatka po klatce — prawie się nie spostrzega. Gdyby wideo Zbigniewa Libery omawiane było dla inwestorów przez jakąś muzealną kuratorkę w srogich okularach, padłoby pytanie do słuchaczy: jak państwo sądzą, z którego roku jest ta praca?

Zobacz więcej

CHYBA ŚNISZ: Fotografie Zbigniewa Libery należą do zbiorów polskich i zagranicznych muzeów. Pierwsze autorskie odbitki z cyklu „Pozytywy” będzie można licytować od 5 tys. zł — „Sen Busha” z muzułmanką obejmującą żołnierza, „Mieszkańców” obozu koncentracyjnego i „Nepal”, czyli „pozytywne” ujęcie zdjęcia po napalmowym ataku. FOT. WOJCIECH ŚLADOWSKI — POLSKI DOM AUKCYJNY

Pomruk z sali zasugerowałby najpewniej, że powstała „jakoś teraz”, tymczasem obrzędy wspominanej tresury zarejestrowane zostały kamerą autora już w latach 80., kiedy nikt jeszcze przesadnie nie wojował z chudością Barbie ani nie rozprawiał o żadnych kodach kultury masowej. Rozprawiał z paroma innymi Zbigniew Libera, bo tworzył sztukę krytyczną, czyli plującą na tabu i pokazującą wszystko — od nocnika własnej, przykutej do łóżka babci, przez klocki Lego do stawiania obozów koncentracyjnych po zdjęcia ich tytułowych „mieszkańców”, którzy uśmiechają się zza kolczastych drutów, jakby stali w pasiastych piżamach.

Ze zbulwersowania można spurpurowieć, bo takie pudełko od klocków zostało we wrześniu wylicytowane do 75 tys. zł, w dodatku w katalogu chyba nabluźniono, że jednakowy egzemplarz kupiło do zbiorów Muzeum Żydowskie w Nowym Jorku. Pytanie więc do purpurowych policzków, czy amerykańskie muzeum kupiło te klocki, bo zrozumiało ich treść i kolekcjonerską wartość, czy może po prostu, z niesmacznego czarnego humoru.

Hossa zamiast bessy

Sztuka, która wydaje się żenująca, nie musi być bezmyślną, niestosowną prowokacją, a skoro na rynku nieraz osiągnęła już stawki kilkudziesięciu tysięcy złotych, nie mógł o tym zdecydować gest jakiegoś osamotnionego wywrotowca. Gdyby cena miała jednak wyjaśniać artystyczną wartość, cała analiza rynku prac Libery byłaby na opak, szczególnie że krakowski dom aukcyjny wystawi trzy unikatowe odbitki nie od kilkunastu tysięcy, tylko od 5 tys. zł.

Wszystkie te pozycje pochodzą z cyklu „Pozytywów” — są więc i rozluźnieni „mieszkańcy” obozu, i Irakijka padająca w ramiona amerykańskiego żołnierza, i dziwnie roześmiane dziecko, które biegnie nago, unosząc ramiona, środkiem znanej skądś drogi. Ma taki sam pusty asfalt pod stopami i czarno-biały, zadymiony krajobraz za sobą co szczupła wietnamska dziewczynka, która uciekała na słynnej fotografii, przez którą świat przyglądał się dramatowi ofiar napalmu. „Napalm Girl”, czyli zdjęcie powielane na okładkach gazet, to w pamięci zbiorowej symbol wietnamskiej wojny — tak silny, że natychmiast przebija przez zwodniczy „pozytyw” Libery.

Na zainscenizowanej przez artystę fotografii widać przecież beztroskę i rozbrykanie, a zamiast wojskowych z kolbami spacerują spadochroniarze — bez znaczenia, co robią, skoro cała trauma wojennych wydarzeń ma w naszych głowach postać jednego, łudząco podobnego kadru. Praca pokazująca więźniów obozu koncentracyjnego czy „Sen Busha”, z Irakijką i domniemanym wybawcą, również jest o pamięci — pamięci konkretnych widoków, która służy za pamięć rzeczy samych w sobie. Z tego samego cyklu pochodzi znane z muzeów zdjęcie Ernesta Guevary, „Che. Następny kadr”, na którym na wpół rozebrany rewolucjonista, leżąc na podwyższeniu, unosi głowę, żeby zapalić cygaro.

Za jego plecami stoi co prawda grupa umundurowanych, ale Che skończył już przecież sesję, na której udawał martwego, którego głowę unoszono do aparatu jak trofeum. Każdą z tych zaaranżowanych sytuacji, które oglądamy teraz na wielkoformatowych odbitkach na wystawach, Zbigniew Libera wywołał kiedyś pierwszy raz, jako pojedyncze fotografie. Odpowiedź na pytanie o podaż tych autorskich zdjęć jest więc pewnie bardziej oczywista niż śmierć Che Guevary.

W cenie miksera

Inwestowanie w fotografie nierozerwalnie wiąże się z pytaniem o ilość odbitek w edycji, bo — jak na każdym rynku dóbr kolekcjonerskich — na oczekiwany wzrost wartości wpływać ma i popyt, i rzadkość w obiegu. W tym przypadku pierwszy z czynników wyraził się już m.in. w stawkach za pudełko Lego, natomiast drugi zawsze pozostaje do sprawdzenia, a raczej odszukania w katalogowym opisie konkretnego zdjęcia.

— Prace Zbigniewa Libery osiągają na aukcjach ceny kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, ale zwykle w tych przypadkach mówimy o jakiejś odbitce z edycji, a nie o unikacie. Wystawione fotografie z cyklu „Pozytywy” są natomiast oznaczone skrótem AP, co tłumaczy się jako pierwsze odbitki autorskie — na rynku to wobec tego jedyne, próbne egzemplarze, jakie artysta wykonał z negatywów, zanim zdjęcia powielano w seriach, a kolejne fotografie z tych edycji trafiały do muzeów — komentuje Wojciech Śladowski, prezes Polskiego Domu Aukcyjnego.

Jak podaje katalog, do egzemplarzy dołączony jest również certyfikat autentyczności podpisany przez artystę, stanowiący niepodważalne zabezpieczenie, które przy ewentualnej odsprzedaży nabierze dużo większego znaczenia. Gdyby przywołany film o dziewczynce nie był wobec tego o przyuczaniu do roli kobiety, tylko o „tresowaniu” typowego inwestora, w spowolnionym tempie padałyby właśnie te, postawione już pytania: o ceny, popyt, wielkość edycji, autentyczność, ale pewnie też o stopy zwrotu.

Na prawie wszystkie jest jakaś odpowiedź, jednak przy ostatnim nawet sam artysta prawdopodobnie zmroziłby takiego wytresowanego wilka wzrokiem — bo o czym miałby mówić, skoro cały rynek fotografii jest jeszcze tak niedoszacowany, że unikat wywołany przez klasyka będzie wystawiony od równowartości malunku nieznanego studenta czy markowego robota kuchennego. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Kurs tresury inwestorów