Związek Gorzelni Polskich (ZGP) opracował „Program 50+”. Próbuje nim zainteresować resort rolnictwa, by — jak tłumaczy — ratować 50 ostatnich pracujących małych, rolniczych gorzelni w Polsce.

— W okresie transformacji gospodarczej było ich 900. Według statystyk, na koniec 2013 r. zostało 104, ale faktycznie działa około 50 i kolejne znikają. Chcemy ratować tradycję wytwarzania spirytusu z rodzimych zbóż i owoców. W gorzelniach powstaje też wywar, który może być substratem dla biogazowni. Możemy również promować je jako zakłady utylizacji przeterminowanych produktów zawierających cukier czy skrobię i współpracować z ministerstwem rolnictwa przy promocji polskiej wódki — mówi Włodzimierz Warchalewski, prezes ZGP i właściciel gorzelni. Jego zdaniem, perspektywy gorzelników są słabe. Podobną opinię ma Leszek Jarosz, szef Krajowej Rady Gorzelnictwa i Produkcji Biopaliw. Przypomina, że próbowano już pobudzić ten sektor.
— Zrealizowano wiele programów, które miały uchronić gorzelnie przed upadkiem. Celem jednego z nich było zwiększenie dodatku spirytusu do biopaliw, nie przyniosło to jednak spodziewanych efektów. W województwie opolskim powstał duży przemysłowy zakład, który produkuje 160 mln litrów spirytusu rocznie przy krajowym zapotrzebowaniu na poziomie 240 mln litrów. Małe gorzelnie nie są w stanie z nim konkurować. Nie uzyskują takich korzyści skali i nie są partnerami dla koncernów paliwowych, które wolą handlować z dużymi. Gorzelnie dostarczają tylko część z brakujących 80 mln litrów, reszta pochodzi z importu — tłumaczy Leszek Jarosz.
Pięć minut w raju
Leszek Wiwała, szef Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego (ZP PPS), przypomina, że krajowe gorzelnie kilka lat temu zniechęciły odbiorców cenami.
— W 2006 r. była wielka hossa w gorzelnictwie — cena spirytusu surowego w niektórych regionach wzrosła o blisko 100 proc. Koncerny paliwowe zwiększały udział biokomponentów w paliwach, więc popyt na spirytus był pewny — twierdzi Leszek Wiwała. Eldorado szybko się jednak skończyło.
— Koncerny znalazły tańszych dostawców za granicą, głównie w Niemczech, gdzie jest wiele gorzelni przemysłowych — dodaje szef ZP PPS. Gorzelnicy narzekają też na producentów wódki. Ta branża jest drugim pod względem wielkości odbiorcą spirytusu.
— Przełomem miało być uchwalenie ustawy definiującej oznaczenie „polska wódka” [weszła w życie w 2013 r. — red.], która ściśle reguluje m.in. pochodzenie składników. Nadzieje okazały się jednak płonne — nowe prawo nie spowodowało wzrostu popytu na spirytus z polskich gorzelni. Większość zakładów produkujących wódkę nie oznacza jej jako polskiej. Skojarzenia z alkoholizmem i pijanymi kierowcami powodującymi wypadki sprawiają, że nie ma więc woli promowania polskiej wódki — twierdzi Leszek Jarosz.
Każdy sobie rzepkę skrobie
Według Leszka Wiwały, producentów zniechęcają głównie koszty.
— Ustawa nakłada na producentów liczne obowiązki. Muszą wdrożyć system kontroli obejmujący m.in. audyt gorzelni. To kosztuje, a korzyści nie widać, bo w kraju wódki sprzedaje się tyle samo — bez względu na to, czy jest oznaczona jako polska, czy nie. Oznaczenie mogłoby być istotne za granicą, wymagałoby to jednak wspólnej promocji polskiej wódki. Firmy tymczasem wolą budować swój eksport indywidualnie — tłumaczy szef ZP PPS.
Włodzimierz Warchalewski żałuje, że gorzelnicy nie poszli śladem sadowników, którzy — zamiast narzekać na niskie ceny jabłek — zorganizowali grupy producenckie i wzięli się za produkcję soków.
— W naszej branży każdy działa sam, nie stać nas więc na uruchomienie działalności przetwórczej. Mam nadzieję, że ministerstwo rolnictwa pomoże nam uzyskać wsparcie — mówi Włodzimierz Warchalewski. Zdaniem Leszka Wiwały, gorzelnie rolnicze mogą przetrwać jako centra edukacji i kultury — muzea z regionalną gastronomią i symboliczną produkcją.
— Niektóre mają piękne, zabytkowe budynki. Produkcja spirytusu lub napojów spirytusowych na bazie destylatów mogłaby być dodatkiem do restauracji. Jednak żeby taki scenariusz udało się zrealizować na większą skalę, konieczne byłoby ograniczenie biurokracji — zwłaszcza w procedurach celnych i akcyzowych. Wymogi dotyczące składów podatkowych to dla większości małych przedsiębiorstw bariera nie do przebicia — mówi Leszek Wiwała.