Leonardo da Vinci wyleciał w powietrze

Chrystus z Christie’s czy Pietą na papierze? Szybciej zdecydujesz, wiedząc, że ich ceny mogą różnić się o cztery zera

Zestawienie wycenianego na 100 mln USD płótna Leonarda da Vinci z kilkunastocentymetrową pracą Andrzeja Wróblewskiego jest na tyle absurdalne, że nie pogorszy go już nawet dorzucenie do tego grona Andy’ego Warhola. Chociaż ostatniego bardziej kojarzymy z nieśmiertelnym Presleyem, tej jesieni wszystkich wymienionych połączy Jezus, a dokładnie trzy całkowicie odmienne typy przedstawień, przewidziane na dwie różne aukcje.

Wyświetl galerię [1/2]

WRÓBLEWSKIEGO BRAK: Andrzej Wróblewski zginął, nie mając 30 lat, dlatego podaż jego prac na rynku nigdy nie jest wysoka. W tym roku wylicytowano 9 obiektów w cenach od 35 tys. zł za szkicową kompozycję w akwareli do 230 tys. zł za olejną abstrakcję. „Pietą Warmia” ma szacowaną wartość 35-40 tys. zł. Fot. Sopocki Dom Aukcyjny

„Salvator Mundi” — czyli Zbawiciel Świata — wyszedł około 1500 r. z pracowni Leonarda da Vinci, a dwie pozostałe datuje się na XX wiek: „Ostatnią Wieczerzę” Warhola i „Pietę Warmia” Wróblewskiego, która licytowana będzie w Sopockim Domu Aukcyjnym 28 października. Szacowana wartość masywnej pracy ojca pop-artu to 180 mln zł, a malunek tuszem Wróblewskiego wycenia się na 35-40 tys. zł — prawie 4,5 tys. razy przystępniej.

Leonardo za 45 GBP

Dysproporcję cenową między gwaszem Andrzeja Wróblewskiego a olejem Leonarda tworzą już cztery zera, mimo że nie zawsze byłoby to tak oczywiste jak dzisiaj, bo wystawiony na listopadową aukcję wizerunek Zbawiciela długo uznawany był za dzieło naśladowcy. Jak podają aukcyjne rejestry, pod koniec lat 50. został sprzedany w londyńskim Sotheby’s, osiągnąwszy sensacyjne 45 GBP — nikt wtedy jeszcze nie potwierdził, że to płótno autora „Mony Lisy”, w dodatku z angielskiej, królewskiej kolekcji Karola I. W 2013 r., kiedy stan wiedzy był już dalece inny, rosyjski miliarder Dmitrij Rybołowlew zapłacił za dzieło 127,5 mln USD — jak podaje Artnet — mimo że jego doradca wydał na nie wcześniej prawie 1,5 razy mniej.

Żeby w połowie listopada sprzedaż była jeszcze wznioślejsza, dom aukcyjny Christie’s zdecydował się na kontrowersyjną wystawę objazdową, pakując, transportując i rozpakowując cenny obraz dla kolekcjonerów w Hongkongu, Londynie i z powrotem w Nowym Jorku. Mając na uwadze pieczołowitość, z jaką eksperci analizują każdy najcieńszy loczek, załamanie szaty czy brzeg paznokcia Zbawiciela, szykowaniego w tak forsowną trasę wydało się dla części środowiska zaskakujące. Zanim przecież potwierdzono autorstwo Leonarda — a więc zaledwie 10 lat temu — badano go najdelikatniej i najdokładniej, jak tylko się dało, nabierając pewności wraz z kolejnymi prześwietleniami i widokami w podczerwieni.

Te ostatnie — w mocnym skrócie — ujawniły spodnie warstwy obrazu, a w nich tzw. pentimenti, czyli elementy zaplanowane inaczej i przemalowane w trakcie pracy. Zdaniem ekspertów, te ukryte poprawki w obrębie dłoni czy twarzy są bardzo typowedla Leonarda, a nieosiągalne dla fałszerza czy kopisty, odtwarzającego dzieło finalne. Jak podaje dom aukcyjny, nad lewym okiem Chrystusa widać też wygładzenie, które mistrz zrobił wewnętrzną częścią dłoni — zmiękczając ten tajemniczy, dziwny wizerunek, aż zrobił się nadnaturalny. Wróblewski też mógłby, ale w tym bliżej mu było do Warhola, którego wersja „Ostatniej Wieczerzy” jest czarno-biała i wykończona zdecydowanie na ostro.

Marynarka za 1,3 mln zł

Matka Boska z Piety Wróblewskiego ma chropowate dłonie — jak z drewna — które kończą długie, prosto zakończone palce, jakby z czegoś wyciosane. Sztywne, sztucznie odchylone ramiona Chrystusa też zresztą nie mogłyby bezwładnie opaść, bo obraz przedstawia prymitywną rzeźbę z Warmii, którą malarz rzeczywiście mógł zobaczyć.

Temat Piety był wśród ludowych artystów tego obszaru bardzo popularny, a w ich pracach najsilniej ujmująca jest właśnie ta nieumiejętność, bezpośredniość — smutek na twarzy Marii to odwrócone „U” zamiast ust, a zmęczenie leżącego ciała zaakcentowały tylko ukośne pociągnięcia dłutem, udające odstające żebra. Wróblewski nie oddał wielobarwnej polichromii rzeźby, tylko wypełnił obrys jednolicie szarą plamą, jakby to nie były szaty Marii, tylko jakiś sprany drelich jego marynarki. Szarość suchego asfaltu pojawia się na wielu jego pracach — jest w ubraniach ofiar w serii „Rozstrzelań” i na powojennym autoportrecie pełnym smutku, który w ubiegłym roku wylicytowano do 1,3 mln zł.

W marynarki w tym kolorze Wróblewski ubierał tych, których zepchnięto kolbami pod ścianę, a potem sam sportretował się w jednej, pokazując, jak mało brakowało, żeby nie było już i jego. Tradycyjna kolorystykaszat Marii to natomiast szlachetne głębokie błękity, czasem najkosztowniejsze farby na całym obrazie. Rzadka na rynku twórczość Wróblewskiego nie raz opisywana już była w kontekście ikony, przy czym nie chodziło o żaden element religijnego kultu, tylko o koncepcję obrazu o silnym przekazie, który na trwałe skupia uwagę. W zbiorze rozmów o Wróblewskim „Sztuka musi działać” artysta Ryszard Woźniak określił to bez zagmatwania: „Wróblewskiemu jako człowiekowi, który uwierzył w ateizm, uwierzył w „nic”, marzyła się ikona świecka, reprezentująca każdego człowieka. Nie tylko człowieka religijnego. Postawił sobie cel niewykonalny i właściwie zrealizował go. Nie ma wielu takich artystów, którzy stawiają sobie niewykonalne cele”.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Leonardo da Vinci wyleciał w powietrze