Lepiej bez podwładnych

Monika Witkowska
opublikowano: 2004-10-11 00:00

W kraju czy za granicą — wybór kursu musi poprzedzić analiza potrzeb i ocena znajomości języka. Indywidualnie czy w grupie — to zależy od menedżera.

„Mnie o to chodzi, żebym wszystko rozumiał: np. jak mnie ktoś wyzywa — żebym wiedział, kiedy dać mu w mordę, jak kobieta na mnie leci — żebym się w porę zorientował... I tak w dwa tygodnie żebym już wszystko umiał” — mówił do nauczyciela angielskiego Cezary Pazura — filmowy Nikoś Dyzma z komedii Jacka Bromskiego.

Trudno się nie śmiać. Na szczęście jednak dzisiejsi menedżerowie nie zgłaszają się na kursy angielskiego dla początkujących. Zazwyczaj doskonalą umiejętności i szlifują słownictwo biznesowe.

Sam z nauczycielem

Indywidualnie czy w grupie? Przy doborze kursu ważne jest określenie najefektywniejszego sposobu przyswajania wiedzy przez menedżera. Jedni są wzrokowcami, inni osiągają lepsze wyniki słuchając, jeszcze inni podczas zajęć... muszą się ruszać.

Duże znaczenie ma też dobór lektora. Często szkoły językowe proponują kontakt z kilkoma nauczycielami podczas kursu — daje to możliwość osłuchania się ze zróżnicowaną wymową, i w konsekwencji pozwala zrozumieć późniejszych rozmówców.

— Na kursach indywidualnych menedżerowie sami ustalają zakres nauki. Osoby takie przeważnie cenią swoją autonomiczność — lubią mieć świadomość, że współtworzą program przydatny dla siebie — podkreśla Marzena Fryckowska, dyrektor ds. dydaktycznych Warsaw Study Centre.

Dodatkowym atutem indywidualnych lekcji jest to, że czas i częstotliwość zajęć dopasowywuje się do możliwości osoby uczącej się.

— Niektórzy menedżerowie wolą skoncentrować się na ćwiczeniu wybranych umiejętności. Na przykład na sztuce prowadzenia negocjacji czy prezentacji. Inni potrzebują zajęć „podtrzymujących” nabyte już umiejętności. Nauczanie indywidualne daje takie możliwości — mówi Mike Mills, właściciel szkoły Mike Mills English.

Energia grupy

Są jednak tacy, dla których stymulująca jest nauka w grupie — różnice zdań, ożywione dyskusje.

— Jednostka korzysta z dodatkowej energii, jaką daje praca w grupie. Dodatkowo menedżer może korzystać z „wkładu” innych profesji, np. prawników, lekarzy czy z doświadczeń pozostałych słuchaczy — twierdzi Mike Mills.

Metodycy nie polecają natomiast, żeby w grupie uczyli się menedżerowie razem z podwładnymi.

— Prowadziliśmy kiedyś taki kurs. Praca nie układała się. Podwładni nie zabierali głosu, mało się wypowiadali. Widać było, że są zestresowani. Z drugiej strony, menedżer popełniając błędy, obawiał się utraty autorytetu — opowiada Marzena Fryckowska.

Dodaje, że takie połączenie może sprawdzić się w firmach, w których są bardziej partnerskie zasady, gdzie wszyscy są na „ty”, zmieniają się poziomy kompetencji.

Wyjazd bez rodaków

Ale jeżeli naprawdę menedżerowi potrzebne jest osłuchanie się z żywym językiem — to powinien zdecydować się na kurs za granicą.

— Menedżerowie nie zawsze mogą pozwolić sobie na 2-3 tygodniową nieobecność w pracy, ale korzystają z takich wyjazdów np. podczas urlopów — mówi Marzena Fryckowska.

Żeby jednak wyjazd nie okazał się kosztowną pomyłką, trzeba wykluczyć możliwość mówienia po polsku. Można skorzystać z takich wyjazdów — przekonują osoby, które brały udział w szkoleniach poza granicami kraju — pod warunkiem, że już od śniadania mówi się po angielsku. Pobyt w Wielkiej Brytanii niczego nie zmieni, jeśli pojedzie się tam z grupą rodaków i rozmawia z nimi po polsku.