Lepiej się bawić niż zamartwiać
Jest stres. Duży. W grę przecież wchodzą najważniejsze dla każdego człowieka pieniądze — jego własne. Rok 2000 dotychczas jawił się jako pasmo apokaliptycznych nieszczęść, które miały spaść na ludzkość w postaci całkowitego zaciemnienia, braku łączności, o braku środków do życia nie wspominając.
NA ŚWIATOWYCH giełdach były okresy skupowania złota „pod rok 2000”, czarnowidzący analitycy radzili wycofywać swoje pieniądze z banków. Jeszcze w połowie tego roku sam byłem skłonny podzielać tę opinię, uwierzyć w kasandryczne przepowiednie występujących na szklanym ekranie „autorytetów”. Coś jednak powstrzymywało mnie przed przyjęciem zasłyszanego apokaliptycznego tonu. Było to — mimo wszystko — zaufanie do polskich bankowców, którzy przez kilka miesięcy podchodzili do problemu Y2K jak pies do jeża. Kompletna beztroska i nieliczenie się z obawami klientów.
SAMI KLIENCI banków atakowani byli w mediach sensacyjnymi w tonie doniesieniami, jak to ciemno, zimno i głucho zrobi się po sylwestrze 1999/2000. Banki milczały. Podczas gdy na zachodzie Europy każdy, najmniejszy nawet bank każdego miesiąca smażył dołączane do wyciągów listy z informacjami nad przebiegiem prac związanych z problemem, w Polsce można się było „domyślać, przypuszczać, obawiać, mieć nadzieję”. Wszystko przez długi czas działało na zasadzie: „słyszałem że, podobno, jak twierdzi znajomy bankowiec...”.
PEŁEN podziwu byłem dla ludzi w holenderskim Postbanku, którzy nie dość, że wszyscy — jak jeden mąż i żona — ochoczo wzięli udział w kursie „zrozumienia istoty problemu roku 2000”, to jeszcze sami kontrolowali tych, którzy problem mieli trzymać pod kontrolą. Nie inaczej było przez ostatnie półtora roku w Deutsche Banku. Pełna jawność panowała we włoskim UniCredito Italiano. Później wracałem do Polski, by zmagać się z negatywnymi emocjami.
PRZY OKAZJI można sprawdzić, jak bardzo poważnie klient banku jest przez sam bank traktowany. Wystarczy poprosić o wytłumaczenie, jak oddział, w którym ciułacz trzyma pieniądze, przygotował się na milenium. Reakcja banku będzie takim sprawdzianem, lekcją na przyszłość — by zostać tam, gdzie klienta traktują poważnie. Uciekać z banku, któremu na kliencie nie zależy.
OkAZAŁO SIĘ, że banki, mimo milczenia i traktowania klientów jak potencjalnych intruzów, pracowały pilnie. Im bardziej mijał czas, tym pilniejsza była to praca. Teraz wszyscy zbieramy plon. Zasypani ogromem wiadomości i zapewnień, że wszystko będzie w porządku, nie mamy powodów, aby nie wierzyć w obietnice. Na wszelki wypadek jednak proponuję zastosować się do instrukcji, którą opracowaliśmy na trzeciej stronie tego dodatku i zabezpieczyć się przed niepotrzebnym stresem. Po prostu — na tak zwaną wszelką ewentualność.
W STANACH Zjednoczonych rekordy oglądalności bije dzisiaj film fabularny o roku 2000. Taka amerykańsko-apokaliptyczna wizja, która — filmu nie widziałem — fatalnie się kończy. Za trzy tygodnie film pójdzie na półki archiwum, bo przecież nie stanie się nic złego. Mam nadzieję.
NA RAZIE jednak dmuchajmy na zimne. Każdy drobny ciułacz musi sam podjąć — ważną przecież — decyzję: zostawić pieniądze w banku i nie przejmować się czarnowidztwem czy też wypłacić wszystko, stracić odsetki, przyczynić się do prognozowanego lekkiego załamania kondycji systemu bankowego. To już teraz nie jest kwestia pewności, ale wiary.
NAJGORSZE w tym wszystkim jest to, że podczas jednego, nieformalnego spotkania z człowiekiem grającym pierwsze skrzypce w pewnym dużym polskim banku, po wysłuchaniu opowieści, ile to bank wydał na rozwiązanie ewentualnego kłopotu, usłyszałem: Ja jednak chyba wezmę i wypłacę to, co ulokowałem.
BANKOWIEC ten znany jest jednak z roztaczania niekoniecznie optymistycznych wizji świata i systemu, ale ziarno niepokoju potrafił zasiać. Rozgorzała dyskusja. Na tyle, na ile można dyskutować, nie mając prawie argumentów.
JA SWOJE pieniądze w banku zostawię. I nie dlatego, że nienawidzę stania w kolejkach. Trzeba przecież w coś wierzyć.