Zachodnie koncerny interesują się polskimi drukarniami. Kuszą ich względy ekonomiczne, położenie geograficzne kraju i... pracowitość Polaków.
Polski rynek poligraficzny cieszy się coraz większym zainteresowaniem zagranicznych inwestorów. Udziały w drukarni Winkowski ma amerykański Quad Graphics, partnerem kieleckiej Poligrafii jest Baring CEF Investment, a obecnie interesuje się nią kolejny inwestor zza Atlantyku. Amerykański gigant RR Donnelley zainwestował w zbudowaną od podstaw drukarnię, a Łódzkie Zakłady Prasowe, jak informuje ich właściciel Lech Kruszona, choć w 100 proc. polskie, cieszą się zainteresowaniem wielu inwestorów branżowych z Zachodu. Co jest przyczyną tego ogólnoświatowego zainteresowania polską poligrafią?
Rynek tani i rokujący
Oczywiście czynnikiem decydującym są koszty — zarówno inwestycji, jak i pracy.
— Będąc członkiem Unii jesteśmy atrakcyjni jeżeli chodzi o koszty działalności, mimo iż Słowacja czy Czechy mają bardziej sprzyjający system podatkowy — mówi Robert Oracz z RR Donneley.
Koszty w Polsce są na tyle niskie, że mimo tej konkurencji, przy podejmowaniu decyzji o lokalizacji zakładu w jednym z państw UE, inwestorzy praktycznie nie mają się nad czym zastanawiać. Nasze wejście do Unii zniosło granice celne między Polską a zachodnimi odbiorcami i zapewniło gwarancję stabilności polskiej gospodarki i przewidywalność rynku.
— Jeżeli porównać Polskę i kraje ościenne, nasze 40 mln obywateli przyciąga uwagę — podkreśla Robert Oracz.
40 mln mieszkańców to rynek, który przyciąga inwestycje każdej branży. Wydawnicza i drukarska jest u nas o tyle atrakcyjna, że choć w ostatnich latach systematycznie wzrasta czytelnictwo w Polsce, to i tak okres największego rozkwitu nadal ma przed sobą.
— W tej chwili poziom czytelnictwa w Polsce jest niski i będzie rósł. Wystarczy spojrzeć na statystyki zużycia papieru dla poligrafii — mówi Jacek Kobyliński, prezes kieleckiej Poligrafii.
Geometryczny środek
Choć Polska zaliczana jest przez świat do krajów Europy Wschodniej, niezaprzeczalny jest fakt, iż geometryczny środek naszego kontynentu znajduje się pod Łodzią. To poważny argument dla specjalistów od logistyki, dla których istotne są jedynie odległości, nie podziały polityczne. Z Polski blisko jest i na Wschód, i na Zachód.
Zachodnioeuropejscy wydawcy interesują się drukiem w Polsce, ponieważ przynależy ona do Unii. Jest zatem stabilnym ośrodkiem produkcji poligraficznej, a jednocześnie tanim i nieodległym. Przyczyną zainteresowania jest także bliskość Rosji i Ukrainy, które mają ogromny i dotąd niezagospodarowany potencjał wydawniczy.
— W Rosji nie drukuje się pism kolorowych, bo kraj ten nie ma odpowiednich technologii. Takie rzeczy Rosja zawsze importowała z Polski i z Finlandii — mówi Jacek Kobyliński.
Obecnie powstają nowe drukarnie, jednak nie mają one wystarczających mocy produkcyjnych i zaspokajają jedynie potrzeby rynków Moskwy i Petersburga.
Poli-tradycje
Na początku lat 90. polski rynek wydawniczy zaczął się intensywnie rozwijać, co wymogło rozwój drukarni. A ponieważ stosowane u nas technologie nie ustępowały niczym wykorzystywanym na Zachodzie, Europa zaczęła importować produkty polskiej poligrafii.
— Na przykładzie własnej firmy mogę powiedzieć, że Polska bardzo dużo eksportuje do Skandynawii. Ponad 30 proc. obrotu Winkowskiego to eksport, z czego połowa płynie do Skandynawii — mówi Dariusz Tomczak, wiceprezes firmy Winkowski.
Reszta produkcji idzie do Europy Zachodniej, Południowej oraz do krajów byłego ZSRR. Z polskiej produkcji korzystają inne nowe państwa UE, ponieważ choć mogą z nami konkurować ceną, nie dorównają Polsce technologią.
Polska elastyczność
Polskie firmy poligraficzne są młode. Nie zdążyły się w nich wykształcić związki zawodowe. Kłopoty ze związkami szczególnie doskwierają właścicielom drukarń w Niemczech — jedynym kraju, który mógłby z nami konkurować lokalizacją.
— Polakom zależy na klientach i są bardziej elastyczni jeżeli chodzi o realizowanie różnych „zachcianek”. Mogą pracować do późna oraz w niedzielę, ponieważ im zależy. Konkurujemy z zachodnimi rywalami ceną i dyspozycyjnością — podsumowuje Dariusz Tomczak.