Dwa miesiące przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (niedziela 25 maja) najwięksi rywale, Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, przedstawili kandydatów. Szanse na mandaty realnie mają tylko liderzy okręgowych list. PO i PiS potwierdziły, że o zaliczeniu do owej elity decydują wyłącznie dwa kryteria: telewizyjna rozpoznawalność oraz wierność wobec partyjnych wodzów.

Kodeks wyborczy ze względów konstytucyjnych nie zawiera warunku absolutnie koniecznego, bez którego spełnienia reprezentant w Brukseli/ Strasburgu jest kukłą: perfekcyjna znajomość jednego z dwóch roboczych języków, angielskiego lub francuskiego, a najlepiej obu. Część naszych europosłów była w dwóch kadencjach 2004–09 i 2009–14 takimi kukłami i sytuacja nie zmieni się w trzeciej 2014–19.
Szczegółowy podział tortu 51 tłustych euromandatów nie będzie miał dla Polski żadnego znaczenia.
Jako wreszcie prawdziwe badanie opinii społecznej traktowany jest jednak niezwykle prestiżowo przez partie. Rządząca PO ostatnio przystąpiła, głównie za sprawą wydarzeń na Ukrainie, do kontruderzenia. Ale okazało się, jak cienko u niej z lokalnymi kadrami. Dolny Śląsk musi konsolidować wstawiony na listę wbrew sobie, ale dla dobra partii popularny minister Bogdan Zdrojewski. Kujawsko-pomorskie śmieje się z wpadki językowej Jacka Rostowskiego, zrzuconego na tamtejszy okręg, który na starcie oznajmił, że ma problem „z Bydgoszczem”.
Najbardziej kuriozalna sytuacja panuje w Lublinie, gdzie lokalne środowisko PO chce zrobić wszystko, by wchodzący tam w grę jedyny mandat zdobył każdy, byle nie narzucony przez Donalda Tuska wieloletni platformożerca Michał Kamiński. Przygarnięcie z wyrachowania takiego wroga, i to na czele okręgowej listy, stało się podręcznikowym przykładem politycznego zdeptania wszelkich zasad.