Jerzy Głuszyński: Likwidacja SSE byłaby zdecydowanie przedwczesna
KRYTYKOWANE STREFY: Jeśli jakiś instrument okazuje się nieefektywny, to nie znaczy, że jest zbędny — zauważa Jerzy Głuszyński. fot. Borys Skrzyński
Ostatni raport NIK w sprawie specjalnych stref ekonomicznych (SSE) zaniepokoił środowisko Izby Przemysłowo-Handlowej Inwestorów Zagranicznych. Nie podważając zasadności zarzutów NIK, nie możemy jednak pozostawić bez komentarza generalnej opinii, iż SSE działają mało efektywnie i bez kontroli, a w dodatku jest ich za dużo i niepotrzebnie konkurują o inwestorów. W ślad za tą oceną już pojawiają się kolejne pomysły, zmierzające do jak najszybszego zakończenia działalności stref.
WKRÓTCE upłynie pięć lat obowiązywania ustawy o SSE. Celem ich tworzenia miało być gospodarcze pobudzenie regionów słabo rozwiniętych, ogarniętych wysokim bezrobociem lub zdominowanych przez monokulturę przemysłową. Strefy z samego założenia mają ograniczony horyzont czasowy swego istnienia. Ich likwidacja będzie naturalną konsekwencją i zarazem jednym z warunków wejścia Polski do Unii Europejskiej. Na pewno jednak nie ma żadnego sensu wyprzedzanie harmonogramu naszej integracji i pochopne podejmowanie decyzji o przedterminowym zwijaniu stref.
PRZYCZYNĄ niestworzenia oczekiwanej liczby miejsc pracy w SSE oraz niskiego napływu do nich kapitału jest w dużym stopniu niedostateczna promocja stref, wynikająca z generalnego braku umiejętności przyciągania przez Polskę zagranicznych inwestorów. Jeśli jednak jakiś instrument okazuje się nieefektywny, to nie oznacza, że jest zbędny. SSE powinny być wpisane w planową i konsekwentną politykę wychodzenia naprzeciw potencjalnym inwestorom zagranicznym, której Polska tak naprawdę nigdy nie prowadziła i nadal nie myśli o niej poważnie. Przy czym chodzi o politykę uwzględniającą nie tylko skalę, ale i strukturę inwestycji zagranicznych oraz ich skutki dla gospodarki. Pod tym względem nie możemy nawet porównać się z Hiszpanią czy Irlandią z okresu ich przygotowań do członkostwa w UE.
NIE WSZYSCY zdają sobie sprawę, że tylko do czasu wstąpienia do Unii Europejskiej mamy swobodę wykorzystywania różnych instrumentów ekonomicznych — między innymi tak potencjalnie atrakcyjnych, jak SSE. Później takiej dowolności już nie będzie! Zostaniemy podporządkowani twardym regułom, odpowiadającym jednak poziomowi rozwoju krajów członkowskich UE, znacznie od nas bogatszych. A zatem w okresie przygotowawczym nie możemy z własnej woli pozbywać się żadnego narzędzia, służącego poprawie naszej gospodarki. Nie powinniśmy przecież z góry wyznaczać sobie roli unijnego kopciuszka.
W DOBIE otwierania się polskiej gospodarki i jej integrowania się z Europą, sprawnie zarządzane SSE powinny stać się ważnym elementem strategii zmniejszania ujemnego salda handlu zagranicznego oraz obniżania poziomu bezrobocia — nawet, jeśli firmy rozpoczynające w nich działalność zwiększają na początku kwoty importu. Strefy mogłyby też odegrać ogromną rolę w promocji i kreowaniu wizerunku Polski w świecie. Wydatki na takie cele szybko zwracają się budżetowi państwa dzięki napływowi nowych inwestycji zagranicznych.
DOTYCHCZASOWE niepowodzenie koncepcji SSE po raz kolejny potwierdza starą prawdę, że efektywnie mogą funkcjonować tylko obszary gospodarki pozostające w dyspozycji realnego właściciela, czyli w rękach prywatnych. Nadzór państwowy powoduje, że abstrakcyjnie pojmowany właściciel nie wywiązuje się ze swojej roli i nawet posiadając wiedzę o potencjalnych zagrożeniach — nie umie lub nie chce im przeciwdziałać. A właśnie zarządzanie SSE ustawowo powierzono wyłącznie spółkom, w których większość głosów posiada Skarb Państwa. Przypomnienie tego faktu mogłoby wystarczyć za cały komentarz do raportu NIK.
Jerzy Głuszyński jest wiceprezesem Izby Przemysłowo-Handlowej Inwestorów Zagranicznych, dyrektorem Instytutu Pentor