Listy

Radosław Omachel, Wojciech Kowalczuk
opublikowano: 2003-10-17 00:00

„Niespodzianka na biurku”

Szanowny Panie Redaktorze,

Z zainteresowaniem przeczytałam w „Pulsie Biznesu” (3.10.2003) obszerny artykuł o niedoszłej transakcji między spółką Lech, Raiffeisen Bankiem a rosyjską firmą Standard Consulting. Szkoda, że autor nie zadał sobie trudu, aby trochę rzetelniej przyjrzeć się sprawie. Poniżej przedstawiam uzupełnienia bądź sprostowania do stwierdzeń w artykule.

1. Przede wszystkim radomski Lech nabył w 1997 r. wierzytelność Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych w Lublinie, ale za nią nie zapłacił. Lech nie mógł więc stracić pieniędzy zainwestowanych w wierzytelność, bo w nią nie zainwestował. Sugestia płynąca kilkakrotnie z artykułu, jakoby trudna sytuacja finansowa spółki Lech była następstwem niedojścia do skutku transakcji, w której miał uczestniczyć nasz bank, jest nadużyciem. Problemy finansowe Lecha muszą wynikać z braku sukcesów w podstawowej działalności spółki.

2. Lech chciał jednak wspomnianą wierzytelność korzystnie sprzedać, choć jej wartość jest bardzo wątpliwa — w ramach wierzytelności sprzedane miało być między innymi odszkodowanie, które Lech spodziewał się uzyskać w efekcie przyszłego wyroku Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Nabywcą miała być rosyjska firma Standard Consulting. Raiffeisen Bank, którego poproszono o przeprowadzenie tej transakcji, miał kupić wierzytelność od Lecha, by następnie sprzedać ją Rosjanom. Raiffeisen musiał mieć pewność, że Standard Consulting mu zapłaci, co miało być zapewnione akredytywą wystawioną przez wiarygodny bank. Prezes Lecha zadeklarował, że bankiem, który poręczy za Standard Consulting będzie Royal Bank of Canada — bank kanadyjski o niekwestionowanej reputacji. Kiedy jednak przyszło do konkretów, Standard Consulting był w stanie przedstawić jedynie projekt gwarancji wystawionej przez instytucję finansową z Wysp Cooka (raj podatkowy w pobliżu Nowej Zelandii). Dla każdego banku gwarancja z Wysp Cooka jest bezwartościowa. (...) Do transakcji nie doszło, a dokumenty umów pozostały w banku.

3. Stwierdzenie, że prokuraturze nie udało się ustalić faktów, jest nieprawdziwe. Owszem, udało się — dlatego Prokuratura Rejonowa umorzyła postępowanie, na co spółka złożyła zażalenie (jej prawo), jednak Prokuratura Okręgowa podtrzymała decyzję o umorzeniu (to decyzja ostateczna).

4. Bank poinformował o szczegółach niedoszłej transakcji Nadzór Bankowy, który nie prowadzi w tej sprawie żadnego postępowania.

Raiffeisen Bank ustrzegł się przed wyłudzeniem pieniędzy przez radomską spółkę, która chciała przeprowadzić przez bank transakcję sprzedaży wierzytelności rosyjskiemu partnerowi, a potem „zapomniała” o drugiej połowie tej transakcji. Lech energicznie domaga się jednak realizacji pierwszej połowy, czyli sprzedaży wierzytelności Raiffeisenowi i oczywiście uzyskania od banku zapłaty. Wcale Lechowi nie przeszkadza, że Raiffeisen nie mógłby tej wierzytelności sprzedać ani firmie Standard Consulting, ani żadnemu innemu nabywcy, bo jej wartość jest bardzo wątpliwa.

Dlaczego więc powstał tekst o tym, jak duży bogaty bank wpędził w kłopoty małą biedną spółkę? Chyba dlatego, że czytelnik bardziej identyfikuje się z małą spółką niż z dużym bankiem, no i taki tekst dobrze się czyta. W końcu kogo zainteresowałby tekst o tym, jak solidny bank ustrzegł się przed wyłudzeniem pieniędzy przez spółkę sprzedającą wyroby hutnicze, która zabrała się za międzynarodowy handel długami?

Pozostaje jednak zagadką, dlaczego spółka Lech przedstawiona została jako biblijny Dawid, choć z treści artykułu wynika, że dotychczas sama nie zapłaciła za wierzytelność nabytą w 1997 roku. Przecież Dawid był uczciwy...

Z poważaniem, Aleksandra Kwiatkowska

rzecznik prasowy Raiffeisen Bank Polska SA

- List pani Aleksandry Kwiatkowskiej nie zawiera ani uzupełnień, ani sprostowań. Przytoczone w nim informacje o okolicznościach podpisywania umowy między Raiffeisen Bankiem i spółką Lech o wiele dokładniej opisaliśmy i wyjaśniliśmy w reportażu. Głównym tematem tekstu, co oczywiste, jest zawarcie (lub nie) umowy o sprzedaży wierzytelności i płynące z tego konsekwencje, a nie — jak sugeruje pani rzecznik — historia o wpędzeniu Lecha w kłopoty finansowe przez bank.

Informacja, że Lech nie zapłacił za umowę i dlaczego tak się stało, znalazła się w naszym reportażu. Zresztą, jakby zapominając, co Pani pisze w pierwszym akapicie — potwierdza to Pani w akapicie ostatnim. Dla istoty sporu — prezentujemy argumenty obu stron — o to, czy dokument podpisany pewnego dnia w banku można potraktować jako zawartą umowę kupna wierzytelności, czy nie — brak płatności przez Lecha za ową wierzytelność nie ma znaczenia decydującego.

Sformułowania, że prokuraturze nie udało się ustalić faktów w ogóle nie ma w naszej publikacji. Jest za to cytat z postanowienia prokuratora: m.in. „nie znaleziono dowodów celowego ukrycia dokumentu”. Tekst dokładnie opisuje też korespondencję między Głównym Inspektoratem Nadzoru Bankowego i bankiem. Która ze stron — Lech czy bank — ma rację ostatecznie zadecyduje sąd.

Pozostaje zagadką, dlaczego pani rzecznik prasowy przesłała do nas ten list. Czyżby dlatego, że wypadało coś napisać? Zamiast zarzucać nam manipulowanie narracją, wystarczyło na przykład uciec się do nowych argumentów.

Z poważaniem, Radosław Omachel

„Wyjście z domu grozi śmiercią”

Szanowna Redakcjo,

Z zaskoczeniem i wielkim niesmakiem przeczytałem w wydaniu „PB” z 19.09.2003 materiał pt. „Wyjście z domu grozi śmiercią” autorstwa pani Agnieszki Ostojskiej. Forma i treść tego artykułu oraz fakt jego zamieszczenia w dodatku „Weekend” sugeruje, że polowanie na dziko żyjące zwierzęta to lansowany przez Redakcję sposób spędzania wolnego czasu.

Opisany w reportażu dr Józef Hryniewicz, lekarz, dla którego strzelanie do zwierząt jest, cytuję: „sposobem odreagowania po pracy w szpitalu”, bez zażenowania opowiada pani Ostojskiej o myśliwskich trofeach zgromadzonych w jego domu, pomimo tego, że wśród nich znajdują się zwierzęta wpisane do tzw. Czerwonej Księgi jako gatunki ginące. Reportaż opowiada o zabijaniu tych zwierząt na różnych kontynentach świata, przytaczając zabawne dla myśliwych przygody, jak ta z bawołem, którego postrzelono, ale nie odnaleziono w gęstwinie afrykańskich zarośli. Opisu konania niedobitego zwierzęcia brak, a szkoda, bo być może część czytelników zdałaby sobie sprawę z tego, jak okrutnym zajęciem jest polowanie.

Wśród spreparowanych trofeów „bohatera” reportażu znajdują się m.in. głuszec i cietrzew, gatunki ptaków niegdyś bardzo liczne w naszym kraju, w ostatnich dziesięcioleciach przetrzebione w dużej mierze za sprawą myśliwych. (...)

Lobby myśliwskie w Polsce jest wyjątkowo liczne i wpływowe. Często blokuje lub sprzeciwia się działaniom na rzecz ochrony przyrody. Niestety, obraz myśliwego (tak efektowny, a więc często podchwytywany przez media), który w szlachetnym pojedynku o wyrównanych szansach dokonuje tzw. odstrzału sanitarnego, jest fałszywy. Duża część (myśliwych) łamie przepisy obowiązującego w Polsce prawa łowieckiego (często za przyzwoleniem lokalnej społeczności), nie mówiąc już o łamaniu norm etycznych czy zdrowym rozsądku. (...)

Z poważaniem, Arkadiusz Glaas, Sopot

 

- Autor listu jest oburzony, że bohater naszego reportażu poluje na zwierzęta zagrożonych wyginięciem gatunków. Ale polowania takie odbywają się w rezerwatach lub innych placówkach, prowadzących prace nad zwiększeniem populacji zagrożonego gatunku. Dochodzi tam do niezbędnych odstrzałów selekcyjnych i sanitarnych. Logiczniej zezwolić na to myśliwemu, gotowemu zapłacić tysiące dolarów. Na tych samych zasadach, na których w Afryce strzela się do zwierząt z tzw. wielkiej piątki, w Polsce dopuszcza się np. odstrzały żubra. Uzyskane w ten sposób środki zasilają konta jednostek hodowlanych.

Co do głuszców i cietrzewi... Ptaki te w Polsce niemal już wyginęły. Ale nie za sprawą myśliwych, lecz wskutek zniszczenia ich siedlisk. Wycinanie lasów i melioracje łąk zawiniły bardziej niż polowania, które w Polsce urządzano od stuleci.

Trudno nie podzielać oburzenia naszego czytelnika na przypadki łamania przepisów polowań. W Polsce jest około 100 tys. myśliwych i zdarzają się wśród nich ludzie nieodpowiedzialni. W PZŁ działają komisje dyscyplinarne i sądy łowieckie, które stanowczo zwalczają patologie.

Lobby myśliwskie jest w naszym kraju bardzo silne. Tak bardzo, by zablokować podobne pomysły jak — forsowana przed kilku laty przez Ministerstwo Ochrony Środowiska — koncepcja redukcji o połowę populacji łosia, który — zdaniem resortu — wyrządzał zbyt duże szkody w drzewostanach. Tak silne, by wymusić na budowniczych autostrad tworzenie specjalnych przejść dla zwierzyny itd.

Wojciech Kowalczuk, myśliwy