Tuż przed świętami wielkanocnymi Grupa Lotos podała, że modelowa marża rafineryjna spółki wzrosła w marcu 2015 r. do 10,32 USD za baryłkę. W lutym było to 8,99 USD. To 22 centy więcej niż w styczniu i 3,47 USD więcej niż w lutym 2014 r. Analitycy dość powszechnie spodziewają się więc poprawy wyników za pierwszy kwartał. Dyskontuje to też kurs akcji.
Od 18 marca 2015 r. walory zdrożały o 19 proc. W ostatnim półroczu ich cena niemal się jednak nie zmieniła, podczas gdy właściciele papierów PKN Orlen wzbogacili się prawie o 50 proc. Krzysztof Pado, doradca inwestycyjny w Domu Maklerskim BDM, zwraca uwagę, że Lotos nie prowadzi działalności petrochemicznej, czyli przetwarzania ropy na surowce do produkcji tworzyw sztucznych.
— Orlen ma bardzo rozbudowany ten segment i miał on znaczący, pozytywny wpływ na wyniki spółki w końcówce 2014 r. Lotos nie miał z tego tytułu dodatkowych profitów — mówi Krzysztof Pado.
Globalne roszady
Kluczowa dla notowań Orlenu była oczywiście sytuacja makroekonomiczna.Niższe ceny ropy naftowej pozwoliły spółce zwiększać marże, a umocnienie dolara uwydatniło ten efekt w prowadzonej w złotych księgowości. Ponadto ogólna sytuacja europejskich rafinerii poprawiła się, bo popyt na paliwa w Stanach Zjednoczonych napędził europejski eksport benzyn i wyhamował amerykański eksport diesla na stary kontynent. Powinien na tym korzystać również Lotos, ale obie spółki — choć podobne — są jednak różne.
— Diabeł tkwi w szczegółach. To, co różni Lotos od Orlenu i większości innych rafinerii, to poziom zużycia na potrzeby własne. W Orlenie jest on znacznie większy, gdyż Lotos zużywa więcej gazu. Spadek cen ropy poprawił kwestie kosztowe dużo bardziej w Orlenie niż w Lotosie — komentuje Wojciech Kozłowski, analityk Ipopemy Securities. Sytuacja jednak się zmienia. Obserwowane w ostatnich tygodniach wyhamowanie spadku cen ropy nie będzie zwiększać rentowności Orlenu. Może być natomiast dodatkowym impulsem dla Lotosu.
Zarówno dlatego, że rentowność działalności rafinerii Lotosu jest mniej zależna od cen ropy, jak i dlatego, że spółka od kilku lat rozbudowuje segment wydobywczy. Tym bardziej że wielu analityków uważa porozumienie Zachodu z Iranem w sprawie programu nuklearnego właściwie za ostatni czynnik, który mógłby prowadzić do dalszego spadku cen ropy na rynkach światowych.
Arabia Saudyjska zapowiedziała nawet podwyżkę cen dla odbiorców z Azji. Droższa ropa to zaś poprawa perspektyw biznesu wydobywczego Lotosu. Krzysztof Pado w swoim marcowym raporcie zwraca przy tym uwagę, że już w końcówce 2014 r. Lotos pokazał, że jest w stanie ciąć koszty operacyjne tego biznesu, a przejęcie Talismana przez Repsol może tchnąć nowe życie w złoże Yme na Morzu Północnym (Lotos ma w nim 20 proc. udziałów).
Wydobywcza ruletka
Mimo zahamowania spadku cen ropy działalność wydobywcza to jednak zarówno szansa, jak i obciążenie Lotosu. Krzysztof Pado zwraca uwagę, że w przypadku złoża Yme należy brać pod uwagę zarówno nowe otwarcie, jak i definitywne zamknięcie projektu.A właśnie niepewność związana z różnymi projektami wydobywczymi kładła się cieniem na kursie gdańskiej spółki. Pochłaniały one pieniądze, ale wyniki są niepewne. — To są inwestycje, które będzie można oceniać dopiero od 2018 r. — zaznacza Kamil Szlaga, analityk Trigona DM.
Na razie przysporzyły spółce miliardowego zadłużenia i wywindowały wskaźnik długu do oczyszczonej EBITDA LIFO do poziomu 5,2. Po listopadowej emisji akcji spółka zbiła go do 3,8. — Zadłużenie jest cały czas wysokie. Spółka będzie stopniowo się oddłużać, ale prawdziwa redukcja zobowiązań będzie możliwa dopiero za kilka lat, jeśli wszystkie programy inwestycyjne przyniosą efekty — komentuje Kamil Szlaga.


