We wtorek władze Polskiego Stronnictwa Ludowego zdecydują, czy podejmą rozmowy o wejściu do koalicji z Prawem i Sprawiedliwością. Na razie przedstawiciele tej partii czekają na konkretną ofertę PiS. Nagle z najmniejszego ugrupowania opozycyjnego PSL stał się głównym rozgrywającym. To w ręku Waldemara Pawlaka w znacznym stopniu leży przyszłość polskiej polityki w najbliższych miesiącach. Jeśli ludowcy wejdą w koalicję, PiS zyska nikłą szansę na zbudowanie parlamentarnej większości, jeśli ludowcy powiedzą: nie — sprawa będzie rozstrzygnięta i w najbliższych miesiącach czeka nas jeszcze jedna wycieczka do urn wyborczych.
PSL dobrze zdaje sobie sprawę ze swojej roli i będą wobec PiS twardszym negocjatorem niż Renata Beger, a nawet niż Andrzej Lepper. Rząd PiS stoi pod ścianą i jedynym możliwym partnerem — poza parlamentarnym planktonem — do wspólnych rządów jest PSL. Nie bądźmy więc zaskoczeni, jeżeli ludowcy otrzymają więcej stanowisk w rządzie niż znacznie przecież większa Samoobrona. Oby żądania PSL nie doprowadziły do powstania kilku nowych ministerstw — bo przy poprzedniej koalicji PiS w zasadzie nie oddawał koalicjantom resortów, lecz tworzył dla nich nowe.
Koalicja z PSL pozwoliłaby przetrwać rządowi Jarosława Kaczyńskiego najbliższe miesiące, dając jeszcze możliwość wyboru nowych członków Trybunału Konstytucyjnego, prezesa Narodowego Banku Polskiego czy Najwyższej Izby Kontroli. I trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie o te kilka miesięcy (i kilka stanowisk) toczy się obecna gra. A nie o stabilne rządy do końca kadencji.