Ludwik Sobolewski o bessie, recesji oraz analitykach

Andrzej Stec
opublikowano: 2008-02-19 00:00

Prezes GPW mówi, co go irytuje, jak postrzega koniunkturę i jak nie robić inwestorom wody z mózgu.

Prezes GPW mówi, co go irytuje, jak postrzega koniunkturę i jak nie robić inwestorom wody z mózgu.

„Puls Biznesu”: Panie prezesie, nie irytuje pana, że indeksy na GPW ślepo podążają za zachodnimi?

Ludwik Sobolewski, prezes GPW: Tak, nawet bardzo. Przyjęło się, że sytuacja na Wall Street decyduje o wzrostach lub spadkach spółek azjatyckich, niemieckich czy polskich. A przecież zarazem świat coraz bardziej przesuwa się w stronę innych centrów finansowych i gospodarczych.

Najbardziej irytuje jednak to, że styczniowe spadki w Warszawie były głębsze niż na innych giełdach europejskich. Z wielu powodów. Na przykład pewnych braków w podstawowej edukacji inwestorów, a nawet może nie inwestorów, tylko normalnych ludzi. I, w pewnej mierze, sposobu komentowania sytuacji na krajowym rynku, niedostatecznej profesjonalizacji pewnej części środowiska rynku kapitałowego. W czasach zamętu wychodzi na to, że jesteśmy dopiero początkującą kulturą inwestycyjną. Ważne, by z tego wyciągnąć wnioski.

Wciąż jest pan optymistą, jeśli chodzi o debiuty?

Oczywiście. Chociaż wśród oferujących powstało przekonanie, zresztą trafne, że na GPW brakuje teraz stabilizacji i dlatego nie można sprzedać akcji po atrakcyjnej cenie. Tyle tylko że im silniejsze takie przeświadczenie, tym większe zagrożenie dla rynku pierwotnego i dla rynku w ogóle. Spółki i domy maklerskie winny zrozumieć, że wysokie wyceny z 2007 r. w tym roku prawdopodobnie się nie powtórzą. Obecność na giełdzie to proces długofalowy, a nie tylko debiut.

Gdyby był pan redaktorem, to jaki tytuł nadałby pan artykułowi w gazecie z 21 stycznia? WIG spadł o 5,5 proc., a niemiecki DAX o 7 proc.

Pyta pan o prace dziennikarską? Nadałbym nawet spektakularny tytuł, ale raczej dotyczący ściśle wydarzeń z tego dnia — na przykład: „Trzęsienie ziemi”. Ale czy powinniśmy mówić, że po trzęsieniu ziemi czeka nas już tylko całkowita zagłada? Niezbyt mi się podobają określenia typu „krew na parkiecie” czy „z giełdy wyparowały miliardy”. Nie z powodów estetycznych. To robienie inwestorom wody z mózgu. Bo przecież tych pieniędzy nie straciło się bezpowrotnie. Cała masa inwestorów nie pozbyła się akcji, a więc straty są tylko na papierze.

Ale zdenerwował się pan na analityków pesymistów i na media za czarnowidztwo.

W mojej wypowiedzi nie pojawiły się zarzuty wobec mediów.

Ale to media dobierają analityków czy kreują tytuły.

Gdybym był redaktorem, odczuwałbym dyskomfort, gdybym miał zamieścić wypowiedź analityka finansowego, za którym stoi określona instytucja finansowa, jeżeli ta wypowiedź jest tylko efektowną publicystyką. Nieważne, czy to czarnowidztwo, czy euforia.

Zakłada pan, że czytelnicy i inwestorzy nie rozliczą „złych” analityków?

Nie uważam, że czytelnicy są głupi. Aby jednak mogli stwierdzić, która wypowiedź jest wartościowa, nie można podawać im tylko emocjonalnych wykrzykników. Za zdaniem „co będzie” powinno znaleźć się wyjaśnienie „dlaczego”. Wtedy są podstawy do oceny.

A może lepiej zostawić krytykę analityków KNF?

KNF w obecnym stanie prawnym zajmuje się naruszeniami prawa. Ja mówię o dobrych praktykach i dziwię się, że muszę poruszać ten problem. Potem są zarzuty, że prezes nie powinien mówić o takich rzeczach. A kto ma mówić?

A gdzie prezes GPW był rok temu, gdy ludzie przynosili do biur maklerskich pieniądze w reklamówkach?

Kilkakrotnie sygnalizowałem w wywiadach, że rekordy indeksów to nie jest jednoznacznie dobre wydarzenie, jeżeli dochodzi do nich zbyt często. Proszę spróbować znaleźć jakikolwiek mój euforyczny komentarz na ten temat czy zdjęcie z szampanem. Ale wówczas nie zwracano na to dostatecznej uwagi, bo było świetnie.

Jakie jest szansa, że GPW przeprowadzi w tym roku ofertę publiczną?

80-90 proc.

Panie prezesie, co to bessa?

Poważne słowo. Nie można jej sprowadzić tylko do trwających przez jakiś czas spadków. To pojęcie wiążące giełdę z ekonomią. Spadające kursy w bessie muszą znaleźć potwierdzenie w obecnej lub prognozowanej koniunkturze gospodarczej. Trzeba jednak pamiętać, że giełda nie zawsze wyprzedza czy rejestruje zmiany w gospodarce. Giełda to szukanie wartości, czasami trochę po omacku. W styczniu i na początku lutego z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia.

Mieliśmy na GPW już jakąś bessę? Na przykład w 1994 r. czy 2000 r.?

Słaby żart. W 1994 to nie była ani bessa, ani krach, bo te pojęcia należy stosować do dojrzałych rynków. A my mieliśmy dziecięcą chorobę bardzo wczesnego kapitalizmu — nadzwyczajną naiwność. A 2000 r. to bańka internetowa. Oczywiście że po tym, jak pękła, zapanowała bessa, bo zapanowała stagnacja ekonomiczna.

Kupiłby pan akcje GPW jako inwestor?

Kupiłbym i w ofercie publicznej, i w prywatnej. I trzymałbym je długo.