Łyżka dziegciu w beczce miodu

Andrzej Nierychło
11-01-2006, 00:00

Pominąwszy wiecznych malkontentów, wszyscy zgadzają się, że stan gospodarki polskiej jest niezły. Największy optymizm budzi przy tym nie tyle jej dzisiejszy obraz, co systematyczny, spokojny i miarowy wzrost, jaki notowany jest od dwóch-trzech lat i jakiego spodziewać się można także w przyszłości.

Dotyczy to wszystkich ważniejszych wskaźników z jednym wyjątkiem, którym jest zatrudnienie. Wskaźnik bezrobocia jak zaczarowany oscyluje między 17 a 18 procent (najwięcej w UE). Grudzień, po kilku miesiącach leciuteńkiej poprawy, przyniósł znowu wzrost liczby szukających pracy; jest ich wciąż dramatycznie wielu, ponad 2,7 miliona.

Nie jest oczywiście tak, że rynek pracy stanął i stoi. Upadające czy reformujące się przedsiębiorstwa zwalniają pracowników, ale za ich płotem powstają nowe zakłady i stanowiska pracy. Część bezrobotnych ma spore szanse na zatrudnienie przy wykazaniu choćby minimalnej aktywności. Ale inni tej szansy nie mają i za chwilę trwale bezrobotne będzie w takich rodzinach już drugie pokolenie, by wskazać na symboliczne już „powiaty popegeerowskie”. Obraz sytuacji dodatkowo zaciemnia zjawisko pracy na czarno, które — przy wszystkich wadach — ma tę zaletę, że jakieś pieniądze do ludzi płyną. Wreszcie pewien odsetek bezrobotnych pracy wcale nie szuka.

Jednak osią problemu jest trwały brak 1-1,5 miliona miejsc pracy, których gospodarka nie jest w stanie wygenerować. Można nawet odnieść wrażenie, że panuje w Polsce milcząca zgoda co do tego, iż przy dzisiejszym pułapie rozwojowym więcej pracy gospodarce nie potrzeba, po prostu nie ma na nią popytu.

I to jest właśnie samo sedno — trzeba ten popyt wykreować. Nikt nie oczekuje, że rząd stworzy miejsca pracy, o tym już na szczęście zapomnieliśmy. Ale rolą rządu (rządów, całego układu władzy) jest pobudzenie organizmu społeczno-gospodarczego do działania na wyższych obrotach. Wówczas popyt na pracę pojawi się sam.

Jakie tymczasem sygnały płyną do tych, którzy miejsca pracy mogą tworzyć? W najlepszym razie sprzeczne. Jednocześnie zapowiada się poprawienie i pogorszenie sytuacji pracodawców, obniżkę części składek i wzrost ochrony pracowników. Władze jakoś nie mogą się zdecydować, czy ich partnerem jest biznes czy związki zawodowe (nie jest to oczywiście wybór albo-albo). Do inwestorów zagranicznych płyną werbalne zachęty, a obok tego toczą się sprawy PZU, fuzji banków Pekao i BPH, na grząskim gruncie znaleźli się inwestorzy marketów wielkopowierzchniowych.

Naprawdę trudno uznać, że wyłania się z tego wizja przyszłości, pozwalająca podjąć decyzję o rozwinięciu biznesu. A tylko w takich decyzjach szukać można znaczącego przyrostu liczby miejsc pracy. Ale pierwsze impulsy muszą przyjść z zewnątrz, Szanowna Pani Premier.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Nierychło

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Łyżka dziegciu w beczce miodu