W 1998 roku Politechnika Częstochowska wybrała Zbigniewa Jakubasa na Absolwenta Roku 2000 — „za osiągnięcia i aktywność na polskim rynku kapitałowym”. Szczyciła się i tym, że ten przybysz z Lublina dyplom ukończenia studiów odebrał na Wydziale Elektrycznym w 1978 r., i tym, co później zrobił ze swoim życiem.
— Niesamowite! Przychodziłem na spotkanie jako doradca z przedstawicielem zachodniej spółki medialnej, a Jakubas w godzinę potrafił — na kilku karteczkach formatu B-5 — przedstawić 3-4 różne pomysły na współpracę, testując zainteresowanie. I chodziło o projekty z wielu branż! — wspomina nasz rozmówca.
Anegdoty o „karteczkach z pomysłami” potwierdzają inni partnerzy biznesowi Jakubasa. Henryk Nowosielski, który współpracuje z nim od 20 lat:
— Potrafi wymyślić interes wszędzie — na lotnisku przesiadkowym czy nawet w drodze do toalety. Bardzo pomysłowy! — ocenia z rozbawieniem, ale i zachwytem dyrektor zakładu Ipaco, należącego do Jakubasa.
Może natłok pomysłów sprawia, że raz za razem jego deklaracje roztrąbione przez media nie znajdują później potwierdzenia w faktach?
Ot, choćby przykład toruńskiej Elany. W sierpniu 2000 r. Jakubas kupił 60 proc. jedynego w Polsce producenta poliestrów. Zakładów w Toruniu wyzbyły się Narodowe Fundusze Inwestycyjne (największy udziałowiec — 33 proc. — NFI Fortuna, zarządzany przez BRE Private Equity).
Szef Multico informował media, że chce rozwijać produkcję polimeru do wytwarzania butelek PET. Proste: dokupi 25 proc. udziałów od Skarbu Państwa, a w 3-4 lata na inwestycje w Elanie wyłoży 100-200 mln zł.
Gruszki na wierzbie... Formalnie właścicielem akcji Elany został dopiero 5 stycznia 2001 r. Przestał nim być tego samego dnia! Cały pakiet przejął od Jakubasa znany giełdowy gracz Roman Karkosik i kontrolowane przez niego spółki. Cena: prawie 27 mln zł. W parę godzin szef Multico zarobił ponad 2 mln zł! Szybki zysk, wart sprzeniewierzenia się z rozmachem snutej wizji rozwoju.
Jakubas tłumaczy: moje deklaracje są zawsze prawdziwe, szczere, ale szybko reaguję ma zmiany. Znajomi Jakubasa wskazują, że uwielbia przedstawiać w mediach plany, nawet jeśli są na embrionalnym etapie. No, po prostu: chce by było o nim głośno — zgadzają się.
— Zbyszek ciągle powtarzał, że interesuje go „megabiznes”. Wzięło się to z niebywałej ambicji, ale i z wielkiej potrzeby pozostawania na świeczniku. Stąd tyle go w mediach — ocenia Marek Roefler, prezes Dantexu, spółki zajmującej się konfekcją i nieruchomościami. Jakubas jest ojcem chrzestnym jego dziecka, znają się od wczesnych lat 80.
To chyba opinia niedaleka prawdy, gdyż Jakubas cytuje z pamięci tytuły artykułów o sobie nawet sprzed kilku lat.
— Nie unikam, nie boję się mediów. Taka otwartość. Do wszystkiego w życiu doszedłem sam, ciężką pracą. Nie mam się czego wstydzić — mówi z dumą.
I przyjaciele, i wrogowie zgadzają się: Zbigniew Jakubas działa niekonwencjonalnie. Raz ta niekonwencjonalność doprowadziła go na salę sądową.
W marcu 1995 r. szef Multico w ogłoszeniu w „Rzeczpospolitej” proponował „sprzedaż akcji uprzywilejowanych Towarzystwa Ubezpieczeniowego, działającego od trzech lat”. Czyli TU Fortuna z Bielska-Białej, którego 15 proc. akcji należało do Multico. W śledztwie Jakubas zeznał, że anons był wynikiem konfliktu między członkami rady nadzorczej (m.in. nim) a zarządem towarzystwa. I że właściwie nie chciał pozbywać się akcji ubezpieczyciela, a jedynie — przez zainteresowanie prasy — wymusić na zarządzie Fortuny posunięcia, zmierzające do poprawy kondycji spółki. Uznał, że operacja się powiodła.
Komisja Papierów Wartościowych i Giełd po publikacji ogłoszenia złożyła jednak w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Zdaniem, Zbigniew Jakubas naruszył fragment ustawy, traktujący o koniecznej zgodzie KPWiG na publiczne propozycje nabycia papierów wartościowych. Prokuratura, której pomagał UOP, podzieliła punkt widzenia komisji i pod koniec 1997 r. akt oskarżenia przeciw właścicielowi Multico trafił do sądu. Po prawie pięciu latach Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieście wydał salomonowy wyrok: warunkowe umorzenie postępowania na rok oraz zapłata na cele społeczne 2 tys. zł.
Po mocowaniu się z zarządem Jakubas (Multico było jednym z założycieli TU Fortuna) w 1998 roku sprzedał swoje udziały niemieckiej grupy ubezpieczeniowej Inter Versicherungen.
O jego interesach w szkole podstawowej i liceum historia milczy. Pokusa odwołań do „Bankructwa małego Dżeka” Korczaka na nic się więc nie przyda.
Ale podczas częstochowskich studiów, pod koniec lat 70., do leni nie należał i zarabiał pieniądze — choć jeszcze głównie na cudze konto...
— Prowadził bar w studenckim „Filutku” — klubie z tradycjami (współorganizator FAMY w latach 60. — przyp. aut.) — wspomina dr Aleksander Gąsiorski z Politechniki Częstochowskiej, który mieszkał za ścianą, przylegającą do pokoju Jakubasa.
— Musiał się nieźle nakombinować, by zdobyć towar. Przydawał mu się zdezelowany — o ile dobrze pamiętam – wartburg. Dzięki kontaktom z bywalcami klubu wyrobił się towarzysko. Zapamiętałem go jako kogoś bystrego, wygadanego i uszczypliwego — ale w dobrym sensie! — kończy dr Gąsiorski.
Jak wspominają koledzy Jakubasa z Wydziału Elektrycznego, nie narzekał wtedy na nadmiar pieniędzy.
— Utrzymywała go ciocia. Poza pracą w „Filutku” i dorabianiem w Studenckiej Spółdzielni Pracy Grosik, pobierał stypendium socjalne. Potrzebował sporo kasy, bo w akademiku mieszkał z żoną, Ewą — mówi sąsiad z Domu Studenckiego Bliźniak.
Warszawianka Ewa Orłowska studiowała na częstochowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Po studiach Jakubasowie przenieśli się do stolicy.
— Zbyszek nie mógł przez jakiś czas znaleźć zajęcia i w końcu zdecydował się na pracę u nas — mówi jego pierwszy pracodawca. I ciągnie:
— Uczył w naszej szkole przedmiotów elektrycznych. Wspominamy go dobrze, choć niczym się nie wyróżniał. Po roku złożył wniosek o rezygnację. Powód? Próbował sił jako „prywaciarz” i nareszcie musiał wybrać: albo szkoła, albo interesy — wspomina Tadeusz Michurski, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych przy ul. Limanowskiego w Warszawie.
— Uczyłem. Zarabiałem prawie 4 tys. zł miesięcznie, a wynajem mieszkania kosztował 5 tys. zł... Co było robić... — tłumaczy Zbigniew Jakubas.
W samym końcu gierkowskiej dekady otworzył butik z odzieżą przy ul. Tamka w centrum Warszawy.
Dzięki kontaktom z ówczesną dyrektorką Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego poznał kierownictwa takich firm, jak Wólczanka, Truso czy Damina. Dostawy towarów z ich fabryk zapewniał wypróbowany wartburg. Skąd jednak absolwent Politechniki, zatrudniony w szkole, miał pieniądze na początek biznesu, no powiedzmy... biznesiku?
Na start starczyło 7 tys. USD — od rodziców, pierwotnie na kupno mieszkania w stolicy — wspomina Jakubas. Ale jego znajomi ze studiów są przekonani, że wszystko zaczęło się od tajemniczego spadku...
W dwa lata po otwarciu pierwszego sklepu klient mógł się przejrzeć w witrynie drugiego, usytuowanego także w centrum Warszawy — przy Rutkowskiego (obecnie Chmielna). Pierwszy ekskluzywny butik z odzieżą w stolicy, na cześć małżonki nazwano „Ewa”.
Już na początku lat 80. „Polityka” umieściła Jakubasa w czołówce rankingu prywatnych biznesmenów — butiki przynosiły duże profity. Sklep przy Chmielnej prowadzi dziś Ewa Orłowska-Jakubas — od 1993 r. przez należącą do niej spółkę Multico Prima. Do 1999 r. ze sprzedaży włoskiej bielizny La Perla i Selena firma osiągała niewielkie zyski. Potem pojawiły się straty. W aktach rejestrowych tkwi nawet informacja z połowy 2002 r., że firma zalega z opłatami za energię elektryczną...
Stara się nie odbiegać od norm, obowiązujących zachodnich przedsiębiorców: eleganckie ubranie, dobre maniery, oryginalny wystrój gabinetu. Jest wybierany w plebiscytach na najlepiej ubrane osobistości życia publicznego.
— Rozmawialiśmy kiedyś z gośćmi z zagranicy. Nagle otworzyły się drzwi i bez pukania wszedł kierowca, by pokazać szefowi nowe firmowe gadżety. Wyraźnie domagał się aprobaty. Spojrzałem na te cudeńka. Ale kicz! Dziś już nie ma takich niespodzianek — wspomina nasz rozmówca.
W rozmowie Zbigniew Jakubas często posługuje się nazwiskami sławnych, a znajomych mu ludzi ze sfer kultury, biznesu czy polityki.
Ma dwie dorosłe córki. Dba o siebie. Stara się racjonalnie odżywiać. Raczej nie pija mocnych alkoholi, zadowalając się dobrym winem.
Kiedyś do czerwonego telefonu komórkowego dokleił taśmą monetę pięciozłotową. Mówił, że to chroni jego głowę przed szkodliwym promieniowaniem aparatu.
Gdy był właścicielem MultiVity, do rozlewni w Krynicy latał helikopterem. Teraz z kolei chce zrobić licencję na samolot. Jak mówią jego znajomi — w rozmowach nastawiony raczej na mówienie niż słuchanie, jakby nieobecny.
W listopadzie 1983 r. powstała polonijna firma produkcyjna Ipaco (skrót od mocarstwowego International Production and Cooperation, które wymyślił Zbigniew Jakubas).
— Ówczesne przepisy dawały ulgi podatkowe przedsiębiorstwom zagranicznym czy polonijnym. Także dlatego z Krzysztofem Sochackim założyliśmy Ipaco — przypomina oczywiste motywacje prezes Jakubas.
Krzysztof Sochacki — emigrant z Polski, wiedeńczyk z zamieszkania — został właścicielem i prezesem Ipaco. Krajowcowi Jakubasowi przypadła rola pełnomocnika spółki. Ale to on de facto zarządzał firmą; Sochacki projektował odzież. Zakład z Międzyrzeca Podlaskiego zajmuje się szyciem odzieży na zlecenie — m.in. Hugo Bossa, Valentino czy Cinque V-Mode.
— W latach rządów generała Jaruzelskiego co chwilę miejscowi notable — wykazując się w walce z prywaciarzami — próbowali odebrać nam ulgę podatkową albo inaczej utrudnić życie. Raz interweniowaliśmy nawet — skutecznie! — u samego ministra Kiszczaka... — wspomina Henryk Nowosielski, od 1983 roku dyrektor międzyrzeckiego Ipaco (Jakubas ściągnął go z jednego z większych państwowych zakładów odzieżowych).
Rok 1994 r. przyniósł przekształcenie Ipaco z przedsiębiorstwa polonijnego w spółkę z o.o. Udziały podzielono pół na pół między Jakubasa i Sochackiego.
Pod koniec lat 80. Ipaco zajęło się zupełnie nowym biznesem — handlem komputerami. Według ówczesnego obserwatora, Jakubas zarobił na tym wówczas duże pieniądze. Wtedy też poznał Romana Kluskę, który właśnie budował podwaliny przyszłej potęgi Optimusa.
— Powstał pomysł — i się go realizowało. Warunek: nie wchodziło się w biznes, który nie gwarantował 100 proc. zwrotu w krótkim czasie. Schyłek PRL był najlepszy do robienia interesów — wspomina — z nostalgią? — jeden z najbardziej znanych ludzi stołecznego biznesu.
Szycie odzieży przynosiło pieniądze aż do 1997 roku. Ale każdy następny rok kończył się dla Ipaco stratą. Co dalej? Przenieść produkcję na Białoruś? Importować wina z Włoch?
— No i jeden z członków władz firmy ostro zainwestował w winną branżę. Fiasko. Musiał odejść, a firma — szukać kupca na tę sferę działalności — mówi informator.
Negocjacje z firmą doradczą Kelmer & Co, reprezentantem włoskiego inwestora Instituto Enologico Arbizzano, nie zakończyły się powodzeniem. Rok 2001 r. Ipaco zakończyło stratą 1,3 mln zł.
W roku 1997 Ministerstwo Skarbu Państwa poszukiwało właściciela dla Zakładów Przemysłu Odzieżowego Wałbrzych. Za namową wojewody wałbrzyskiego Zbigniew Jakubas dogadał się z pracownikami ZPO. Do nowej spółki (Ipaco i Multico miały razem ponad 55 proc. udziałów) Skarb Państwa wniósł majątek przedsiębiorstwa. Znów z początku interesy ZPO szły dobrze — współpraca z Hugo Bossem dawała profity. Zysk — zgodnie z umową prywatyzacyjną — zasilał inwestycje. Pierwsza dywidenda miała trafić do właścicieli w 2001 r.
Obeszli się smakiem: ZPO wykazały 2,8 mln zł straty netto. A potem? Równia pochyła. W kwietniu 2002 r. firma upadła. Syndyk wystawił majątek ZPO na sprzedaż. Część zakupiły kontrolowane przez Jakubasa Ipaco i Multico. W dekoniunkturze przychody wałbrzyskiego zakładu stanowią niemal 30 proc. tych sprzed upadłości. Na początku marca 2003 r. nastąpił podział — Jakubasowi przypadła fabryka w Międzyrzecu, Sochackiemu — ta w Wałbrzychu.
Na przełomie lat 80. i 90. Zbigniew Jakubas — wraz z innym emigrantem z Polski, Jerzym Treszczyńskim, hurtownikiem tkanin z Berlina Zachodniego — zaczął prowadzić sklepy dewizowe: handlował m.in. dżinsem, dywanami, kasetami audio i wideo.
6 czerwca 1989 r. powstało Multico (jego kapitał wynosił równowartość 125 tys. USD). 80 proc. udziałów objęła zachodnioniemiecka firma Sinexim, którą zarządzał Treszczyński, 20 proc. przypadło Jakubasowi. Większość kapitału Sinexim pokrył aportem — w postaci maszyn i urządzeń do produkcji artykułów z branży konfekcyjnej.
Maszyny szwalnicze od Sineximu trafiły w dwa miejsca — do Warszawy (tu jednak długo, ze względu na wysokie koszty pracy, się nie ostały) oraz do wielkopolskiej Mosiny, gdzie interesy prowadził kolega Jakubasa, Lesław Markiewicz.
— Dobrze nam się pracowało, ale w końcu Zbyszek zaczął rozszerzać działalność. Uznaliśmy, że każdy powinien pójść w swoją stronę. Wykupiłem od niego te maszyny szwalnicze w Mosinie – wyjaśnia Lesław Markiewicz, prezes firmy odzieżowej, działającej już pod nazwą Baccara.
We wczesnych latach 90. Multico dużo pieniędzy zarobiło także na handlu kazeiną i mlekiem w proszku. Kupowało w byłym Związku Radzieckim, a sprzedawało — w Austrii i Niemczech.
W Multico rosły zyski. W 1993 r. firma zatrudniała już trzy setki pracowników (przychody: 21,76 mln nowych zł; zysk netto 960 tys. nowych zł). To skłoniło Zbigniewa Jakubasa do przejęcia kontroli nad firmą. Po podwyższeniu kapitału w grudniu 1993 r. posiadał już 75 proc. udziałów, Sinexim — 25 proc.
— Błyskawiczny, ale chaotyczny rozwój Multico i Ipaco byłby niemożliwy bez kredytowego wsparcia V Oddziału Banku Pekao SA, obsługującego firmy polonijne. Zbyszek szybko zaznajomił się z paniami z obsługi tego banku i korzystał z kredytów wcześniej niż inni. Ja wtedy nie wiedziałem jeszcze, co to kredyt: interesy szły tak dobrze, że nowe pomysły finansowałem z wcześniejszych zysków — mówi jeden z najbardziej dynamicznych przedsiębiorców początku lat 90., znajomy Jakubasa.
Sukcesy i szybki rozwój Multico w I połowie lat 90. to jednak tylko jedna strona medalu. A druga? Problemy z płatnościami — i w marcu 1995 r. wniosek o upadłość spółki. Niecierpliwym wierzycielem była Agora (zaległości na ponad 1,87 mld zł — 187 tys. nowych zł). Multico nie zapłaciło za ogłoszenia w „Gazecie Wyborczej” w latach 1993-1994. W końcu Jakubas w ratach spłacił całą kwotę, a Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy w lipcu 1995 r. umorzył postępowanie upadłościowe.
Ogłoszenia w „Wyborczej” reklamowały wodę mineralną MultiVita. Rozlewnia wód w Tyliczu ruszyła pod koniec 1992 r. Ale... Prace na jakiś czas wstrzymano. Lokalne struktury Konfederacji Polski Niepodległej zablokowały na granicy transport kolejowy z elementami do budowy linii rozlewniczej. Działacze KPN rozpowszechnili plotkę, że w Tyliczu fabrykę chce zbudować Żyd. Do tego zaś — zgodnie z dziwacznie i fałszywie tam rozumianą linią programową swej partii — nie mogli dopuścić.
— Jakubas poszedł do miejscowego proboszcza, którego przekonał, że da zatrudnienie bezrobotnym — przy okazji wspierając kościół datkiem 20 mln starych złotych. Na mszy kapłan przedstawił właściciela budowanej fabryki jako dobroczyńcę lokalnej społeczności, któremu wcieleni antychryści nie pozwalają działać. Nazajutrz transport odblokowano — wspomina Kazimierz Pawełek, który współpracował z Jakubasem prawie dekadę.
MultiVita wielką popularność zyskała głównie dzięki sponsorowaniu teleturnieju „Koło Fortuny”, prowadzonego przez Wojciecha Pijanowskiego.
Konkurencja na rynku wód mineralnych sprawiła jednak, że od schyłku lat 90. Zbigniew Jakubas gwałtownie poszukiwał inwestora dla tego biznesu. W październiku 2000 r. wydzielił nawet z Multico odrębną spółkę (MultiVita), by ułatwić spodziewane przejęcie. W październiku 2001 r. sprzedał ją wadowickiemu Maspexowi. Według naszych informacji za ponad 20 mln DEM — czyli za niewiele więcej niż to, co wyłożył na rozlewnię wód w Tyliczu. Szef Multico liczył, że Maspex przejmie i drugą spółkę — Krynicę Zdrój (wytwarza Górską i Krynicę-Zdrój). Nie udało się. Ale w maju 2002 r. Krynicę Zdrój przejęli inwestorzy, którzy kilka lat wcześniej zbudowali potęgę wody Żywiec Zdrój — po czym sprzedali ją francuskiemu Danone.
— O ile inne interesy szły mu różnie, o tyle wody mineralne były — tak się wydawało — kurą znoszącą złote jaja. Sprzedaż MultiVity potwierdziła, że Zbyszek zachowuje się w biznesie nieprzewidywalnie — ocenia szef i właściciel kilku stołecznych firm, znajomy Jakubasa.
Czy to uzasadniona opinia? Pozbycie się MultiVity dobrze przystaje do strategii Jakubasa, którą oddaje zdanie w sprawozdaniu zarządu Multico z 2000 r.: „Polityka fiskalna i często nie do końca czytelny i stabilny system prawny pozwalają z perspektywy prowadzonych od lat interesów stwierdzić, że nie ma żadnej możliwości osiągnięcia dodatniego wyniku finansowego na działalności produkcyjnej i świadczeniu usług. Wydaje się (...), że niezbędne w najbliższym czasie stanie się skupienie działalności spółki w zakresie inwestycji kapitałowych”.
No właśnie. To giełda konsekwentnie stawała się główną sferą działalności właściciela Multico...
„Życiem Warszawy” szef Multico zainteresował się w 1991 r., ale przegrał z tajemniczym Nicolą Grauso. Ale kiedy w 1996 r. Włoch wycofywał się z Polski, Jakubas przejął dziennik wraz z drukarnią za blisko 10 mln USD.
Z gazety odeszło aż 35 dziennikarzy. „Mamy podstawy sądzić, że „Życie” (po przejęciu przez Jakubasa — przyp. aut.) będzie gazetą nie podejmującą tematów niewygodnych dla rządzących. Unikającą własnych ocen, które polemizowałyby z programem i rządami SLD” — takim proroctwem żegnali się na pierwszej stronie dziennika z czytelnikami.
Jakubas odpowiadał na łamach, że chce pisma neutralnego politycznie. I dziś szef Multico na każdym kroku odcina się od polityki, choć kojarzony jest raczej ze środowiskiem lewicowym. Co podkreślają nasi rozmówcy: zna mnóstwo ludzi ze świata polityki — z prawicy i lewicy — ale bardzo rzadko można mówić o pewnej zażyłości. Pracowali dla niego politycy z różnych frakcji: w „Życiu Warszawy” Zbigniew Eysmont — kiedyś poseł, członek władz SKL, i Andrzej Urbański (obecny wiceprezydent Warszawy z PiS), a w „Kurierze Lubelskim” — Kazimierz Pawełek, senator SLD.
„Życie Warszawy” Multico przejęło ze sporymi długami. Nowy właściciel chciał, by jeszcze w 1996 r. sprzedaż gazety wzrosła z 40 do 60 tys. egzemplarzy. Chciał... W latach 1996-2000 średnia sprzedaż dziennika krążyła wokół 25 tys. sztuk. Skromnie. Na pewno nie pomogło, że po ewakuacji ze starego tytułu grupa dziennikarzy założyła konkurencyjne „Życie”, którego szefem został Tomasz Wołek. Jakubas bezskutecznie próbował zablokować kolportaż tego tytułu, twierdząc że znak towarowy „Życie” należy do Multico.
Odpływowi czytelników „Życia Warszawy” nie zapobiegły ani wzbogacenie go o weekendowy dodatek „Kulisy”, ani zmiany naczelnych (m.in. Aleksander Chećko, Andrzej Bober i Andrzej Urbański).
Szefowie gazety odchodzili, skarżąc się na ręczne sterowanie dziennikiem przez Jakubasa. Urbański, dziś wiceprezydent Warszawy, wspominał jak to Jakubas dzwonił z Hawajów i przez telefon próbował redagować pismo. Bober zrezygnował — jak tłumaczył — bo szef Multico bez jego wiedzy zmienił sekretarza redakcji i w ten sam sposób zdecydował, by zamieścić fotoreportaż z balu, na którym prezydent Kwaśniewski wręczył Jakubasowi jakąś nagrodę.
— Jako wydawca na bieżąco interesowałem się gazetą, ale bardzo rzadko wiedziałem o przygotowywaniu poszczególnych artykułów. Mogę zapewnić, obserwując choćby dzisiejszy stosunek „Gazeta Wyborcza” — Agora, że byłem o wiele mniej aktywny w wykorzystywaniu pozycji właściciela do swoich interesów — broni się Zbigniew Jakubas.
We wrześniu 2000 r. właściciel Multico sprzedał „Życie Warszawy” i „Kulisy” kieleckiemu Propenowi, kontrolowanemu przez Michała Sołowowa. Wartość transakcji (nie obejmowała drukarni) — według naszych danych — 36,5 mln zł.
Niewielką część tych pieniędzy Jakubas przeznaczył na zakup udziałów w lubelskiej spółce BIS-Media — właścicielu tamtejszego Radia Puls. I ta firma przynosiła straty. W 2001 r. radio miało nawet problemy z terminowym opłacaniem podatków. Pomogła Agora, która kiedyś próbowała doprowadzić Multico do upadłości. W 2001 r. wspomogła lubelską firmę pożyczką, a w lutym 2002 r. objęła w niej 4,99 proc. udziałów (przekroczenie 5 proc. wymagałoby zgody Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji) za 300 tys. zł. Radio zaczęło grać tzw. złote przeboje. Efekty nie zadowoliły jednak właścicieli. W listopadzie 2002 r. znowu zmienił się zarząd firmy.
Kupno Radia Puls miało być elementem manewru, który pozwoliłby Jakubasowi zbudować małe imperium medialne. W portfelu — prócz „Życia Warszawy” — miał też „Kurier Lubelski”. W 1991 roku wygrał przetarg komisji likwidacyjnej RSW. Wyłożył 2,5 mld starych złotych (250 tys. nowych zł).
O kulisach wspomina Kazimierz Pawełek (ówczesny sekretarz redakcji, w latach 1992-2001 redaktor naczelny „Kuriera”, teraz senator SLD):
— Ktoś kolportował plotki, że komisja likwidacyjna RSW chce oddać gazetę jakiejś partii. Naturalnie byliśmy przeciwni. Wtedy pojawił się pan Jakubas. I kupił budynek, w którym mieściła się redakcja. W razie oddania gazety w niepowołane ręce, zamierzaliśmy powołać do życia nowy tytuł i dzień po niekorzystnej decyzji komisji zacząć wydawać na przykład „Nowy Kurier Lubelski”.
— Inny kandydat zaproponował 500 mln starych złotych więcej niż 2 mld Jakubasa. Komisja, bojąc się konfliktu z zespołem redakcyjnym, poinformowała go o tym. Bez zastanowienia wypisał czek na 2,5 mld zł — wspomina uczestnik tamtych zdarzeń.
Jakubas z miejsca zagrał niebanalnie: miesięczne zyski miały być dzielone po połowie — dla dziennikarzy na płace i dla właściciela. W połowie lat 90. wydawanie gazety oznaczało dla szefa Multico zysk nawet i 500 tys. nowych złotych miesięcznie.
— Prezes nie szczędził pieniędzy na poprawę jakości pracy redakcji. Zgodnie ze swoją dewizą: „Żeby zarobić — trzeba wydać dużo, żeby zarobić dużo — trzeba wydać bardzo dużo” — mówi Kazimierz Pawełek.
Sukces „KL” właściciel Multico próbował powtórzyć, zakładając w Lublinie popołudniówkę „Express Fakty”. Wpompował w ten projekt — według naszych wiadomości — około 6,5 mld starych zł. Po pół roku gazeta zbankrutowała.
Pod koniec lat 90. skończył się także wyśmienity okres „Kuriera Lubelskiego”. Sprzedaż gazety spadła z 45 tys. egzemplarzy w połowie lat 90. do niecałych 18 tys. w 2002 r. Mocno skurczyły się przychody z reklam. Straty doszły — wedle nieoficjalnych informacji — do 100-200 tys. zł miesięcznie. Naprawą zajęli się zaufani prezesa: Paweł Olbrych (miał kiedyś tworzyć z Jakubasem towarzystwo emerytalne) oraz Jacek Taźbirek, dyrektor handlowy Multico. Remont nic nie dał. Wtedy Jakubas postanowił odświeżyć tytuł, zmieniając wygląd graficzny i tematykę. Po początkowym sukcesie czytelniczym sytuacja wróciła do niepokojącej normy. Na początku marca 2003 r. redaktorem naczelnym został ktoś spoza mediów — Adam Świetlicki, pracujący dla szefa Multico od 15 lat. Według naszych rozmówców ma to zacieśnić kontrolę nad gazetą.
Pod koniec lat 90. Jakubas miał nie tylko „ŻW” i „KL”, ale i dwie drukarnie — warszawską (kupioną wraz z „ŻW”) oraz lubelski Multidruk, przejęty od Skarbu Państwa w kwietniu 1996 r. na zasadzie leasingu pracowniczego. Wtedy to powstała spółka, która zobowiązała się zapłacić za majątek drukarni 4 mln zł, rozłożone na 10 lat (75 proc. akcji objął Zbigniew Jakubas, pozostałą ćwiartkę — pracownicy drukarni). Firma monopolista na Lubelszyźnie dawała zyski, przeznaczane zgodnie z umową prywatyzacyjną na spłatę rat leasingowych i inwestycje. Tyle że inwestycje nie nadążały za potrzebami... Zredukowano zatrudnienie. Stanisław Kozieł, prezes Multidruku, zapewnia, że najgorsze już poza firmą.
— Pod koniec lat 90. prezes Jakubas zazdrościł Zygmuntowi Solorzowi powodzenia telewizji Polsat. Dlatego chciał wzbogacić swą grupę o stacje radiowe i spółki internetowe — wspomina jego ówczesny doradca.
Kluczową rolę w planie Jakubasa odegrać miało przejęcie Rozgłośni Harcerskiej (obecnej Radiostacji). I tym razem Jakubas zapewnił sobie poparcie pracowników stacji. To był atut w biznesowych rozmowach.
— Ze stacji radiowych chciał stworzyć spółkę, do której większość kapitału musieliby włożyć inwestorzy, nie posiadając jednocześnie wpływu na zarządzanie. Było to nie do zaakceptowania! — tłumaczy ówczesny doradca jednej z większych amerykańskich sieci radiowych.
W końcu Radiostację przejął Eurozet (spółka nadająca program Radia Zet). Upadł też projekt portalu informacyjnego Cyber Wawa (Jakubas nie znalazł inwestora). Ambitne plany zakończyły się na kawiarence internetowej „Astoria” w Lublinie...
Siedziba Multico od początku lat 90. mieści się tam, gdzie kiedyś działała spółdzielnia odzieżowa. Działkę wraz z budynkiem przy Ciasnej (centrum Warszawy) oficjalnie Multico zakupiło od Spółdzielni „Dom Pracy” dopiero w 1997 r. (umowa sprzedaży). Ale faktycznie Jakubas przejął tę nieruchomość 6 lat wcześniej, gdy pomógł spółdzielni w spłacie 5 mld zł kredytu. Wówczas prezes spółdzielni Regina Kamińska nie chciała się zgodzić na sprzedaż — i musiała zrezygnować ze stanowiska. Z Jakubasem porozumiała się jej następczyni — Zbigniewa Kaczorowska.
Problem w tym, że w 1991 r. spółdzielnia nie była prawowitym właścicielem działki! Wieczyste użytkowanie gruntu władze Warszawy przyznały spółdzielni dopiero w 1997 r. Zapłaciła za nie (według naszych informacji 800 tys. zł) nie spółdzielnia, ale... Jakubas! — tak przynajmniej stanowczo twierdzi prezes Kaczorowska.
Czy nieruchomość przy Ciasnej Multico zakupiło poniżej wartości rynkowej? Prezes Kaczorowska, zasłaniając się niepamięcią, nie chciała podać kwoty transakcji. Nie znaleźliśmy jej i w aktach rejestrowych spółdzielni „Dom Pracy” — nie ma tam zresztą słowa o sprzedaży działki! I prezes Jakubas nie pamięta kwoty transakcji. Pełna enigma!
Wkrótce po oficjalnym już nabyciu parceli przy ul. Ciasnej Jakubas wszedł do spółki, która za cel postawiła sobie budowę mieszkań o wysokim standardzie. W lutym 1998 r. powstała BDM Grupa Inwestycyjna (główni akcjonariusze: Państwowe Przedsiębiorstwo Obsługi Cudzoziemców Dipservice — 44,18 proc. akcji i Multico — 43,06 proc.). Dipservice ma w Warszawie ponad 130 tys. mkw. powierzchni biurowej i mieszkalnej, wynajmowanej placówkom dyplomatycznym i firmom. Według naszych informacji prezesa POC Jana Wagnera ze Zbigniewem Jakubasem łączyła dobra znajomość.
— I my, i Dipservice mieliśmy nieruchomości w dobrych lokalizacjach, ale o zbyt skromnym standardzie. Pan Jakubas miał wnieść do firmy doświadczenie, znajomości i operatywność biznesową — wspomina Andrzej Wójcik, wiceprezes PUHiT, jednego z akcjonariuszy BDM GI.
Co jednak Multico do spółki wniosło?
— Opłaciło tylko 25 proc. swej części kapitału. Na pozostałe ponad 3 mln zł spółka się nie mogła doczekać, choć pan Jakubas zapewniał, że zaległość „już za chwilę” zostanie uregulowana — mówi nasz informator.
Resztę opłaty wnieśli ostatecznie pozostali akcjonariusze, którzy przejęli wszystkie walory, należące do spółki Jakubasa.
— Jakubas zainteresował się rynkiem apartamentowców. Stwierdził: „to może być dobry biznes”, wycofał się ze spółki i zaczął budować samodzielnie przy ul. Szenwalda — wspomina Jerzy Bujak, ówczesny prezes BDM Grupa Inwestycyjna.
Tam to Multico — kosztem prawie 65 mln zł — postawiło 9-piętrowy apartamentowiec, zaprojektowany przez włoskiego architekta Giorgio Dazzana. Mieszkańcy Multico Residence (m.in. sam Jakubas i jego największy partner w interesach — szef BRE Banku, Wojciech Kostrzewa) mogą korzystać choćby z basenu, sauny, solarium, sali do squasha czy windy, wzywanej poprzez czytnik linii papilarnych. Chętni musieli wyłożyć średnio 1600 USD za metr kwadratowy.
Do końca 2001 r. nabywców znalazło jedynie 30 mieszkań (prawie 35 proc. powierzchni) za ponad 28 mln zł. Do dziś jeszcze niemal połowa apartamentów jest pustych.
— Szef Multico zadbał o szczegóły. Pomalował na przykład blok w sąsiedztwie — by nie psuł widoku z okna. Ale niektóre mieszkania wyglądają dziwacznie — np. ni stąd ni zowąd na środku mieszkania stoi słup. Dowiedziałem się, że to efekt ręcznego sterowania budową przez Jakubasa, który na bieżąco, mimo projektu architekta, wnosił swoje uwagi — mówi mieszkaniec budynku przy ul. Szenwalda.
Ten wątek chętnie podchwytują inni rozmówcy.
— Perfekcjonista. Sam chce robić wszystko. I to najlepiej. Tego samego wymaga od współpracowników. I dlatego nadzoruje nawet równość tynków we wznoszonych nieruchomościach — mówi Marek Roefler, prezes Dantexu.
Zdaniem jego znajomych, często wybiera na współpracowników tych, których może łatwo kontrolować.
— Dlatego też nie korzysta ze stałych doradców, a do każdego projektu dobiera innych — mówi były współpracownik.
— Nie będzie w duecie lub chórze śpiewał. Typowy solista — puentuje Henryk Nowosielski.
Zbigniew Jakubas nie zgadza się z tezą wielu naszych rozmówców, że decyzja o inwestycjach na polskiej giełdzie to rezultat kiepskich wyników jego firm handlowo-produkcyjnych w II połowie lat 90.
— Nie wszystkie moje biznesowe przedsięwzięcia sam uznaję za sukces. Ale i w działalności giełdowej, i produkcyjno-handlowej nie poniosłem znaczącej porażki. Udało mi się nawet powiększyć portfel inwestycyjny — mówi z przekonaniem szef Multico.
Niektórzy analitycy bagatelizują te wypowiedzi, twierdząc że wszystkie projekty Jakubasa kredytuje główny partner w interesach — BRE Bank.
— Tylko kredyty z BRE Banku? Bzdura! Apartamentowiec na Szenwalda za ponad 65 mln zł zbudowałem z własnych środków. Moje zadłużenie systematycznie maleje. Dbam, by wysokość kredytów nie przekraczała 25 proc. wartości szybko zbywalnych aktywów — dopowiada właściciel Multico.
Dziś tylko BRE Bank kredytuje jego interesy. Z dostępnych akt rejestrowych wynika, że na koniec 2001 r. (nie ma jeszcze danych z 2002 r.) spółki z grupy Multico miały w BRE 30,1 mln zł zadłużenia długoterminowego i 24,8 mln zł krótkoterminowego (bez kredytów, które Jakubas zaciągnął jako osoba fizyczna). Tak wysoki dług prowokuje wysokie zabezpieczenia na akcjach, obligacjach czy nieruchomościach, należących do szefa Multico. Tylko na działce przy ul. Ciasnej w Warszawie wpisane są hipoteki na łączną kwotę 46 mln zł!
Pytamy go o to.
— Fakt, mój majątek przy okazji inwestycji jest — w sporej części — zastawiany. Duże zabezpieczenia, przekraczające wartość kredytów, po prostu pozwalają BRE nie tworzyć rezerw. Ale teraz zabezpieczenia są stopniowo odblokowywane — tłumaczy Zbigniew Jakubas.
Skąd się wzięła tak bliska współpraca z BRE Bankiem?
— Zakup „Życia Warszawy” w części miał finansować kredyt od Pekao SA. Na kilka dni przed transakcją bank się wycofał, twierdząc, że inwestycja będzie postrzegana jako polityczna! Pojawił się BRE — i w kilka dni dostałem kredyt — wspomina Zbigniew Jakubas.
Krok po kroku bank zarządzany przez Wojciecha Kostrzewę stawał się wspólnikiem w Jakubasowych interesach. W kwietniu 2000 r. partnerzy nabyli od założyciela Optimusa Romana Kluski („to mój przyjaciel” — mawiał o nim Jakubas) i jego żony akcje firmy, dające 66 procent głosów na WZA. BRE wydał ponad 170 mln zł, a Jakubas — ponad 91 mln zł (głównie za kredyt od BRE).
Biznes wydawał się doskonały — za walory, których kurs przekraczał 250 zł, nabywcy płacili po 142 zł. Ale tuż po transakcji pękł internetowy balon i kurs Optimusa zaczął pikować na łeb na szyję. I wtedy nastąpił gwałtowny zwrot: bank znalazł nabywcę na akcje Optimusa. Koncern ITI zdecydował się wyłożyć aż po 220 zł za akcję komputerowego potentata, którego wkrótce podzielono na części: technologiczną i internetową.
Świetny interes? Nie. ITI zdecydowaną większość transakcji pokrył bowiem nie gotówką, ale swoimi obligacjami — z zastrzeżeniem ich zamiany na akcje przy okazji wejścia ITI na GPW. Oferta publiczna medialnego koncernu spaliła jednak na panewce. Ale nawet gdyby się powiodła, nie doszłoby do zamiany... Ta była bowiem możliwa jedynie, jeśli kurs ITI osiągnąłby odpowiednio wysoką cenę, na jaką — ocenia sam Jakubas — nie było żadnych szans. Przyznaje, że jego inwestycji w Optimusa nie można uznać za sukces. Ale polemizuje z mianem „porażka”. To słowo przełknąć mu bardzo trudno...
Niejasna transakcja. Z wyjaśnianiem szczegółów mieli problemy nawet sami zainteresowani. Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że warunki zmian właścicielskich były rzeczywistym powodem odejścia z Optimusa prezesa Dariusza Dąbskiego. Krytyczynie transakcję ocenili giełdowi ciułacze. Wbrew zapowiedziom prezesa BRE, Wojciecha Kostrzewy, akcje po podziale Optimusa były o wiele mniej warte niż wcześniej.
Współpraca z BRE — zdaniem naszych informatorów — to swego rodzaju transakcja wiązana: biznesmen korzysta z pomocy finansowej banku przy swoich projektach, w zamian zaś kaptuje BRE Bankowi nowych klientów spośród biznesowych znajomych. Inni zaś podejrzewają, że Jakubas stał się „kredytowym zakładanikiem” banku i dlatego musi realizować jego najbardziej ryzykowne projekty inwestycyjne. To jednak tylko domysły.
Jeśliby wybierać najbardziej spektakularną z operacji Zbigniewa Jakubasa, to prym wiedzie, wspólna z BRE i Ryszardem Oparą, próba przejęcia Elektrimu.
— Sytuacja Elektrimu po rocznej restrukturyzacji jest stabilna. Zmniejszyliśmy miesięczne koszty pracy spółki z ponad 10 mln zł do ponad 1 mln zł. Niebawem należy spokojnie wyprzedawać aktywa takie jak Megadex, Mostostal Warszawa czy nieruchomości. Aktywa telekomunikacyjne wystarczą zaś na spłatę obligatariuszy. W perspektywie dwóch lat najlepszym wyjściem byłoby też chyba wprowadzenie PTC, właściciela Ery na giełdę — snuje optymistyczne plany Jakubas.
Rok, mimo że był jedynie członkiem rady nadzorczej Elektrimu, w praktyce współrządził spółką. Jedni mówią o ewidentnym sukcesie w obniżaniu kosztów holdingu, inni o działaniu, nie przynoszącym Elektrimowi korzyści. Ale to może gołosłowne twierdzenia? Pytamy o przykład.
I słyszymy o spółce Elektrim Volt Żychlińskie Transformatory (100 proc. udziałów ma Elektrim Volt, spółka-córka Elektrimu). W połowie 2002 r., w ramach sprzedaży zbędnych — według władz Elektrimu — aktywów, poszukiwano nabywcy na tę fabrykę. Za 20 mln zł zakład chciał kupić francuski potentat — grupa Schneider. Według naszych informacji, wątpliwości co do tej transakcji (do której zresztą nie doszło) miał szef Elektrim Volt, Włodzimierz Tyszko. Główne rozbieżności między Tyszką a władzami Elektrimu (Jakubasem i Oparą) dotyczyły sposobu rozliczenia operacji. Nasze źródła mówią, że Tyszko nie zgadzał się przelanie forsy ze sprzedaży bezpośrednio do Elektrimu. Jego zdaniem, było to możliwe jedynie poprzez dywidendę (ale tu wchodziło w grę podwójne opodatkowanie) bądź przez częściowe umorzenie akcji Elektrim Volt. Wtedy Ryszard Opara (przy udziale, jak podają nasi rozmówcy, Jakubasa) przysłał do Elektrimu Volt pismo: zasugerował, by przekazać pieniądze w sposób proponowany przez nich. Tyszko się sprzeciwił. Wkrótce stracił pracę. Indagowany nie chciał komentować tej sprawy.
Mimo że triumwirat Kostrzewa (czyli BRE Bank)-Jakubas-Opara miał w posiadaniu ponad 50 proc. akcji Elektrimu, to nie udało się przejąć kontroli nad holdingiem. Zniecierpliwiony bank wycofał się ze spółki — na rzecz Zygmunta Piotra Solorza: Jakubas zbył część akcji współpracującej z Polsatem spółce TCF (zyskał 45 mln zł). Zapewnia, że w najbliższym czasie nie zamierza pozbywać się reszty ponad 7,6 proc. akcji.
— Po restrukturyzacji holdingu rynek wyceni go na ponad 10 zł za akcję, a spółka spokojnie zajmie się energetyką na bazie elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Zasugeruję przejęcie od Skarbu Państwa kopalń węgla brunatnego. Ich restrukturyzacja i wykorzystanie efektu synergii pozwoliłoby na znaczną obniżkę kosztów i dużą konkurencyjność takiego konglomeratu — mówi szef Multico.
W Elektrimie będzie działał ze swoim, jak mówi „dobrym znajomym, Piotrem Solorzem”. Ale szef Polsatu nie chciał nam powiedzieć, czy widzi szanse tego rodzaju współpracy. Warszawa huczy zaś od plotek, że to właśnie Solorz, nie chcąc dopuścić do przejęcia przez BRE i Jakubasa pełnej kontroli nad Elektrimem, skłonił Vivendi do głosowania na WZA przeciw zmianom w statucie.
Jakubas twierdzi, że lutowa sprzedaż 5 mln akcji Elektrimu przyniosła mu zysk. Ale na giełdzie nie szło mu dotychczas najlepiej. Analitycy giełdowi nieoficjalnie przyznają, że nie rozumieją inwestycyjnej strategii Jakubasa.
— Mój wizerunek giełdowego inwestora można oceniać niejednoznacznie... Dlatego rozważam przejęcie kontroli nad jedną z giełdowych spółek, wymagającej restrukturyzacji. Udowodnię, że Jakubas, kiedy sytuacja zależy tylko od niego, potrafi wyprowadzić firmę na prostą! — tajemniczo przekonuje szef Multico.
Według naszych wiadomości chodzi o Mostostal Export, w którym Jakubas ma już 5-procentowy pakiet.
— Szef Multico wstępnie rozmawiał już o tym z Michałem Skipietrowem, prezesem i współwłaścicielem Mostostalu — twierdzi nasze źródło.
W nowych projektach Jakubasowi raczej nie będzie już towarzyszył BRE Bank. Jego prezes po dużej stracie za 2002 r. zapowiedział na najbliższe miesiące dużo mniej ryzykowną strategię inwestycyjną. Czy to jedyny powód? Niektórzy rozmówcy mówią o ochłodzeniu stosunków między partnerami.
— Przed rozpoczęciem pracy z Jakubasem wysocy rangą pracownicy BRE wręcz ostrzegali mnie, że mogę mieć problemy z odzyskaniem należności za wykonaną pracę, ale to zbagatelizowałem. Ostatecznie doszliśmy z prezesem Jakubasem do porozumienia. Uszczknął jednak trochę: zapłacił mi mniej dokładnie o tyle, ile musielibyśmy wydać na kancelarię prawną, by odzyskać te pieniądze — mówi prezes spółki, który niedawno realizował jeden z projektów szefa Multico.
Zbigniew Jakubas utrzymuje, że jego stosunki z bankiem są tak samo dobre jak wcześniej. Koniec kropka.
Spółki, zakłady, transakcje. Oszałamiające tempo. Wiele dziedzin. Różniące się szczegółami operacje układają się jednak w pewien scenariusz. Albo szum medialny „mam wielkie projekty” (komunikował na przykład wszem i wobec, że wchodzi do gigantów — np. Polpharmy, Ruchu. Domów Towarowych Centrum) i potem — po rozgłosie — cisza. Albo transakcja, znów wielkie plany — i często raptowna zmiana strategii: nagła sprzedaż z zyskiem lub stratą. Od tej metody są tylko nieliczne wyjątki (jak jego kolebka sprzed prawie 20 lat — Ipaco z Międzyrzeca Podlaskiego). Nie odkłada pieniędzy, ciągle je reinwestując.
Człowiek niespodzianka — ten motyw przewija się stale w wypowiedziach ludzi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia.
W prasie Zbigniew Jakubas lubił mówić o zamiłowaniu do szybkiej jazdy samochodem — na polskich drogach i z prędkością 200 km na godzinę, a na autostradach w Niemczech czy Włoszech nawet do 250 km na godzinę. Kiedyś. Teraz trochę spasował. Czy i w biznesie zwolni tempo, wybierze więcej „bezpiecznych inwestycji” jak Mennica Państwowa, o której mówi „mój fundusz emerytalny” (choć ostatnie zawirowania wokół tej firmy przeczą temu spokojowi)?
Przewidujemy: a gdzie tam!
— Ciągle lubię pracować. Poświęcam swoim biznesom czas od 8.30 rano do dziewiątej, dziesiątej wieczór. Wciąż mam nowe i nowe pomysły. Jeszcze nie czas na gospodarczą emeryturę — wyjaśnia.
Trzeba mu wierzyć.
W czasie prawie trzygodzinnej rozmowy z nami wielokrotnie dzwoni jego telefon komórkowy. Odbiera jednak tylko połączenia od maklera. Mimo zwyżki notowań dwóch spółek telekomunikacyjnych, nie decyduje się na sprzedaż posiadanych walorów.
— Poczekamy moment, będą wyżej — mówi pewnie.
To moja własność: firmy...
1. Multico Jakubas ma 75 proc. udziałów, niemiecki Sinexim — 25 proc. (jest w likwidacji). Od 1998 r. Multico ma status zakładu pracy chronionej. Aktywa spółki na koniec 2001 r. — 136,1 mln zł, z czego 48,6 mln zł papiery wartościowe. Przychody w 2001 roku — 42,8 mln zł, strata operacyjna — 5,8 mln zł. Dzięki przychodom finansowym Multico zamknęło jednak rok zyskiem netto 1,05 mln zł. Działalność firmy obejmuje drukarnię w Warszawie, wydawnictwo „Kurier Lubelski” i apartament Multico Residence na Żoliborzu.
2. Multico Press Założone do wydawania „Życia Warszawy”. Po sprzedaży gazety — spółka inwestycyjna (m.in. złożyła ofertę prywatyzacyjną kopalni Bogdanka). Na koniec 2001 r. miała blisko 9 mln zł w papierach wartościowych; przychody w tymże roku — 1,74 mln zł, strata netto — 2,4 mln zł. Posiada 95,01 proc. akcji lubelskiej spółki BIS-Media. Firma emituje program lubelskiego Radia Plus, przejętego przez Jakubasa w sierpniu 2000 r. Multico Press ma 95,01 proc. udziałów, 4,99 proc. — Agora. Przychody w 2001 r. — 1,27 mln zł strata — 316 tys. zł.
3. Multico Prima Właścicielem i prezesem firmy jest Ewa Orłowska-Jakubas, żona szefa Multico. Spółka zajmuje się hurtową i detaliczną sprzedażą odzieży z Włoch. W 2001 r. przychody firmy to 860 tys. zł, strata netto — 344 tys. zł.
4. Ipaco Spółka szyje odzież na eksport w Międzyrzecu Podlaskim i Wałbrzychu. W 2001 r. — 1,3 mln zł straty netto (przychody — niemal 10 mln zł). Połowę udziałów ma Multico i Zbigniew Jakubas, połowę Krzysztof Sochacki. Tuż przed publikacją naszego tekstu właściciele zdecydowali, że podzielą firmę: Jakubasowi przypadnie zakład w Międzyrzecu, a Sochackiemu — w Wałbrzychu.
5. Multidruk Jedyna na rynku lubelskim drukarnia prasowa, drukująca m.in. „Kurier Lubelski” i „Dziennik Wschodni”. Jakubas ma w niej 95,5 proc. akcji, reszta należy do pracowników. Przychody w 2001 r. — 16,2 mln zł, zysk netto — ponad 300 tys. zł.
6. Multico Oficyna Wydawnicza Specjalizacja: książki przyrodnicze — około 50 rocznie. 50 proc. głosów na WZA posiada Multico, pozostałe należą do osób z zarządu firmy. Przychody w 2001 r. — 5,1 mln zł, prawie 300 tys. zł zysku.
Elemis. Razem ze swoimi spółkami Jakubas ma ponad 20 proc. udziałów tych byłych Warszawskich Zakładów Telewizyjnych. Teraz firma wynajmuje nieruchomości i świadczy usługi konsultingowe.
...spółki giełdowe
1. Elektrim 7,606 proc. akcji, wartych według rynku 17,2 mln zł.
2. Mostostal Export Akcje z prawem do 5,04 proc. głosów na WZA; wartość — 2,68 mln zł.
3. Mennica 24,93 proc. akcji firmy o wartości rynkowej 36,85 mln zł.
4. Optimus 5,08 proc. akcji (około 3,7 mln zł). Niebawem Zbigniew Jakubas, w ramach transakcji z ITI, za 8 mln zł odkupi od tej spółki kolejne akcje Optimusa. Po tej transakcji będzie miał prawie 10 proc. akcji Optimusa, wycenianych przez rynek na około 7,3 mln zł.
5. Inne spółki Jakubas gra też akcjami innych notowanych na GPW spółek, nie przekraczając w nich jednak 5-proc. progu, który zmuszałby go do ujawniania tych informacji. Spore środki ma również uwięzione w obligacjach ITI. Jak twierdzi, w papierach wartościowych posiada ponad 100 mln zł.
