Magia miesięcy na rynku akcji

Andrzej Stec
opublikowano: 05-01-2010, 00:00

Optymiści opanowali rynki finansowe. Złoty

rośnie w siłę. Drożeją

akcje i surowce. Po

prostu efekt stycznia

Podobno na giełdzie najlepszy miesiąc na inwestycje to styczeń, luty, a potem marzec, kwiecień... i tak aż do grudnia. Poza tym na parkiecie nic nie zdarza się dwa razy. Statystyka jednak sugeruje co innego.

Nowy rok zaczyna się na rynkach finansowych wybornie. Sygnał do zakupów wysłał już w niedzielę Izrael — tamtejsze średniaki drożały o 6 proc. Później optymizm potwierdziła Japonia. Od wzrostów zaczęła nowy rok cała Europa. Nad Wisłą złoty rósł w siłę, podobnie jak WIG (na parkiecie siły kupujących nie potwierdziły jednak obroty). Znów drożały surowce — złoto, ropa naftowa, miedź. Zwolennicy statystyki, a zawłaszcza analitycy miesięcznych ruchów indeksów, mają więc argument, by obwieścić efekt stycznia.

Efekt stycznia to jeden z najbardziej znanych i lubianych tematów poruszanych przez inwestorów i analityków. Symbolizuje wzrosty indeksów w pierwszym miesiącu roku, a zwłaszcza w dwóch pierwszych jego tygodniach. Często jest to wiązane z noworocznym optymizmem wśród instytucji finansowych i większą ich odwagą do podejmowania ryzyka na początku roku podatkowego. Ewentualne straty można bowiem zniwelować w kolejnych miesiącach bilansowego roku, a feralnych spółek pozbyć się dopiero przed publikacją półrocznych sprawozdań (np. w czerwcu lub w grudniu).

Jak pokazuje historia, efekt stycznia to nie tylko pobożne życzenie właścicieli akcji. Na warszawskiej giełdzie styczeń to jeden z dwóch najlepszych miesięcy do zarabiania w roku (oprócz kwietnia). Statystycznie — można w nim zarobić znacznie więcej niż w pozostałych miesiącach (najlepiej wypadają z reguły mniejsze spółki). W USA zresztą jest podobnie. Od lat 20. amerykańscy inwestorzy mogli zarobić w styczniu 4 proc. Dla

porównania — w pozostałych miesiącach — tylko 1 proc.

Na parkiecie, podobnie jak w życiu, panuje jeszcze inny przesąd: "jaki początek roku, taki cały rok". Tu, niestety, już trudniej o potwierdzenie tego zjawiska. Przynajmniej na warszawskiej giełdzie. W ostatniej, burzliwej dekadzie zależność ta sprawdzała się tylko w połowie. Znacznie częściej tzw. barometrem stycznia posługują się Amerykanie. W latach 1950- -2003 dobry styczeń najszerszego za oceanem indeksu SP 500 aż w 88 proc. przypadków poprzedzał wzrosty w kolejnych miesiącach roku (tak było w 30 na 34 przypadki). Trzeba jednak zauważyć, że najczęściej wzrostowy styczeń przypadał na pierwszy rok cyklu prezydenckiego w USA.

Ku przestrodze — rok temu WIG również zaczął rok z przytupem — urósł na pierwszej sesji 4 proc. Mimo to styczeń zakończył się aż 13-procentową przeceną. Należy dodać, że z powodu ogólnoświatowej recesji i kryzysu na rynkach kredytowych 2009 r. był nadzwyczajny.

Wśród inwestorów równie popularnym tematem jest grudniowy rajd św. Mikołaja. Symbolizuje świąteczne wzrosty indeksów. Ma to związek m.in. z efektem stycznia (niektórzy inwestorzy próbują zająć pozycję z wyprzedzeniem), ale nie tylko. Inwestorzy liczą też na tzw. window dressing, czyli podciąganie kursów spółek i indeksów przez instytucje na koniec okresu rozliczeniowego. Jak to wygląda w praktyce? Z reguły ta stara zasada sprawdza się, choć, jak pokazuje 2009 rok, nie zawsze. Statystycznie grudzień to bowiem jeden z trzech najlepszych miesięcy w roku na giełdach. Ponadto w USA, w ostatnich 80 latach, aż 25 razy indeksy notowały szczyty właśnie w grudniu. Mało tego. W 72 proc. zwiastowały niezły efekt stycznia.

To oczywiście tylko historia, a na giełdzie — jak wiadomo — liczy się przyszłość, która lubi zaskakiwać. Przykład? Chociażby nadzwyczajne dwa ostatnie burzliwe lata. Do wszystkich przedstawionych magicznych teorii lepiej więc podchodzić z dystansem, choć na pewno warto je znać, zwłaszcza w spokojniejszych czasach.

Inne sŁawne miesiĄce roku

Efekt stycznia czy grudniowy rajd św. Mikołaja to niejedyne miesiące w roku, które mają na giełdzie swoją symbolikę. Warto wspomnieć jeszcze o dwóch innych. Chodzi m.in. o maj. Licząc od 1995 roku, to na ogół najgorszy miesiąc na warszawskiej giełdzie w całym pierwszym półroczu. Warto więc poważnie wziąć pod uwagę znane na Zachodzie powiedzenie "sell in may and go away", które radzi, by już w maju przygotować się na zbliżające się wakacje, sprzedając akcje z małym wyprzedzeniem. Zresztą, złą sławę tego wiosennego miesiąca można powiązać nie tylko z wakacjami i odpoczynkiem inwestorów, ale również z czerwcowym dniem trzech wiedźm, czyli rozliczeniem instrumentów pochodnych, a zwłaszcza z bliskim końcem półrocza, który służy porządkom w portfelach instytucji finansowych (zwłaszcza tych, które muszą regularnie ujawniać klientom skład zarządzanych portfeli).

No i feralny wrzesień i październik. Największe emocje budzą za oceanem. Można się o tym przekonać w licznych tamtejszych analizach i raportach, które jesienią wręcz zalewają rynek. Skąd tak zła sława tych miesięcy? Przyczyniły się do tego kryzysy i krachy, które nadzwyczaj polubiły depresyjną jesień. Warto przypomnieć chociażby czarny październik na Wall Street z 1929 roku, czy jeszcze gorszy październikowy krach z 1987 roku. No i oczywiście 2008 rok, kiedy to wrześniowy upadek globalnego banku inwestycyjnego Lehman Brothers zamroził światowe rynki kredytowe i doprowadził do ogólnoświatowej recesji. Skąd spadki indeksów we wrześniu? Można to próbować wytłumaczyć w ten sposób, że inwestorzy po prostu dyskontują "złą sławę października".

Historia przemawia

za efektem stycznia

Łukasz Wróbel

W większości przypadków, kiedy rynki akcji osiągały roczne maksima w grudniu, styczeń następnego roku przynosił kontynuację trendu wzrostowego. Za wystąpieniem w tym roku tzw. efektu stycznia przemawia statystyka. Z analizy zachowania indeksu SP 500 przeprowadzonej na łamach magazynu "Barron’s" wynika, że w ciągu 82 lat 25 razy najwyższe roczne wartości indeksu notowano w grudniu. Wyłączając rok 2009 r., kiedy również właśnie zaobserwowaliśmy takie zjawisko, aż w 18 przypadkach w styczniu ceny akcji na Wall Street nadal rosły, a stopa zwrotu z inwestycji w indeks SP 500 wynosiła średnio 17,2 proc. W pozostałych 6 przypadkach efekt stycznia nie wystąpił, a średnia stopa zwrotu wyniosła w całym roku -3,5 proc.

Takie analogie mają jednak niewielką wartość prognostyczną w sytuacji, gdy w każdym możliwym segmencie rynku obserwujemy działanie szeregu nadzwyczajnych czynników. W sektorze firm i gospodarstw domowych trwa odlewarowywanie (próba uwolnienia się z pułapki długu), a zagrożenia niewypłacalnością przenoszą się na ostatni element systemu — rządy poszczególnych państw. Zarządzający największym na świecie funduszem obligacji PIMCO pozbywają się obligacji USA i Wielkiej Brytanii, przyczyniając się do wzrostu ich rentowności.

Efekt czy defekt stycznia?

Kamil Kasperski

Po klapie "rajdu Świętego Mikołaja" czas na "efekt stycznia", czyli temat, który co roku o tej porze ciśnie się na usta inwestorów liczących na zyski na przełomie roku. Efekt stycznia został dostrzeżony przez inwestorów za oceanem już w latach 80. i od tamtej pory zyskał na tyle dużą popularność, że stał się inspiracją techników rynkowych oraz środowisk akademickich. Statystycy odnotowują także efekt tygodnia, miesiąca, kwartału czy roku, kiedy to kursy akcji rosną przez kilka ostatnich sesji okresu. Rozpatrywane zjawisko ma jedną zasadniczą wadę. Wiedzą o nim wszyscy.

Każdy racjonalny inwestor, spodziewając się zwyżki indeksów w styczniu, kupiłby akcje odpowiednio wcześniej, najlepiej jeszcze w listopadzie i zamiast kupować, sprzedawałby akcje w pierwszych tygodniach roku. Takie w pełni racjonalne zachowanie inwestorów podwyższyłoby stopę zwrotu w listopadzie a obniżyło w grudniu oraz styczniu, sprowadzając je do długoterminowej średniej rocznej stopy zwrotu dla rynku akcji. Spójrzmy na statystyki. Na podstawie danych historycznych z naszego rynku można stwierdzić, że "efekt stycznia" wystąpił w 2/3 przypadków. Na pierwszy rzut oka jest to wynik niezły. Jednak pozostałe miesiące wcale nie wypadają gorzej. Indeksy na GPW w 2/3 przypadków rosły także w marcu, kwietniu, listopadzie i grudniu. Mamy więc do czynienia nie tylko z najpopularniejszą anomalią "efekt stycznia", ale także z "efektem marca", "efektem kwietnia", "efektem listopada" czy "efektem grudnia". O nich jednak nie mówi nikt. O tym, że wzrosty indeksów na początku roku nie są żelazną regułą, dotkliwie przekonali się grający na zwyżki indeksów w 2008 r., kiedy to zamiast "efektu stycznia" mieliśmy "defekt stycznia", a pierwsze tygodnie roku przyniosły sięgające 17 proc. zniżki indeksu WIG. I tylko październik kojarzy się inwestorom jednoznacznie źle. Czarne dni października 1929 r. wcale nie były najgorsze w historii, a prawdziwy krach zdarzył się 19 października 1987 r. Jeśli zatem inwestorzy ślepo wierzą w anomalie rynkowe, to powinni oprócz "efektu stycznia" w noworocznym kalendarzu umieścić szereg innych pozycji, nie zapominając o październiku — miesiącu krachów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu