Małe emisje publiczne i podwyższone ryzyko

Emil Szweda
opublikowano: 2014-11-14 00:00

To, że emisje obligacji małych firm wiążą się z podwyższonym ryzykiem inwestycyjnym, to truizm. Ważne, by ryzyko właściwie zmierzyć i oprocentować.

Najbardziej kuriozalnym przypadkiem bezprospektowej emisji publicznej była Organika. Trzy tygodnie po sprzedaniu papierów inwestorom detalicznym spółka produkująca m.in. pianki do materacy nadziała się na sprzeciw instytucji, które nie zrolowały serii wartej 35 mln zł. Kto nie wkalkulował ryzyka niewykupienia dużej serii, ten przegrał. Może jeszcze nie pieniądze, ale na pewno kontrolę nad sytuacją.

Organika nie publikuje raportów finansowych, ostatni raport dotyczy III kwartału 2013 r., przestała też płacić odsetki za pośrednictwem KDPW.

Ustawa sprzyja

Publiczne emisje obligacji na podstawie memorandum informacyjnego (a nie prospektu) to nieplanowane dziecko znowelizowanej w kwietniu 2013 r. ustawy o publicznym obrocie. Surowo każe ona każdego, kto chciałby informować więcej niż 149 inwestorów o emisji prywatnej, ale jednocześnie ustawa wprowadza możliwość przeprowadzenia emisji publicznej na podstawie materiałów reklamowych zatwierdzanych przez KNF. Warunek jest jeden — emisja nie może być większa niż równowartość 2,5 mln EUR.

Jako pierwsze z ustawowej furtki skorzystało PTI, pozyskującw listopadzie 2013 r. 6,7 mln zł. Spółka szybko znalazła naśladowców, a w emisjach publicznych wyspecjalizował się DM Invista. W sierpniu tego roku jego pokład opuścili kluczowi pracownicy, którzy rozkręcają obligacyjny biznes w DM Ventus AM. Od czasu do czasu publiczne emisje doradza klientom Blue Oak Advisory, a w listopadzie tę ścieżkę wypróbuje DI Investors.

W samym listopadzie inwestorzy mogą wybierać między czterema „małymi” publicznymi emisjami obligacji, można więc mówić już o zjawisku rynkowym.

Ryzyko w cenie

Niejako z samej definicji małe publiczne emisje skierowane są do inwestorów detalicznych, lubiących zyski i ryzyko oraz — to już poza definicją — potrafiących je oszacować. Na tego rodzaju projekty godzą się emitenci o niezbyt dużej skali działania. Teoretycznie spółki, które chcą pozyskać kilka milionów złotych, mogłyby zorganizować emisję prywatną.

Większość bezprospektowych emisji publicznych i tak obejmuje mniej niż ustawowe 149 inwestorów. Dlaczego więc emitenci zgadzają się ponosić wyższe koszty związane z emisją publiczną? Ponieważ liczy się możliwość dotarcia do jak najszerszej grupy inwestorów. Bezprospektowe emisje publiczne można swobodnie reklamować, korzystając np. z masowych baz mailingowych.

Niszowy produkt inwestycyjny wymaga masowego odbiorcy? Tak. O ile parametry emisji skrywają podwyższone ryzyko, którego nie chcą ponosić bardziej doświadczeni inwestorzy detaliczni (przez pięć lat działania Catalyst mogli się o emitentach nauczyć bardzo dużo), o inwestorach instytucjonalnych nie wspominając.

Nie oznacza to jeszcze, że każda emisja publiczna to wyrok w odroczeniu. Przeciwnie. Rzecz jednak w tym, by każdej z nich przyjrzeć się i z osobna, i w zestawie. Czy 9,7 proc. oferowane przez spółkę z ujemnym kapitałem własnym i permanentnie przynoszonymi stratami operacyjnymi to dużo czy mało? Może wydawać się, że sporo, jeśli spółka dorzuca zabezpieczenie wycenione na 20 mln zł (znak towarowy „Polfa”). Także, jeśli zestawić te odsetki z 9,5 proc. oferowanymi przez spółkę praktycznie nieposiadającą przychodów (Biomax) czy 9 proc. od spółki, która ma ciekawy produkt (Zortrax), ale czysty track-record sprzedaży.

Do tej wyliczanki można dołożyć 9 proc. od producenta wody mineralnej o rocznych przychodachna poziomie 2 mln zł i 3 mln zł straty (Polonea) i można dojść do wniosku, że 9-10 proc. to premia płacona za podwyższone ryzyko. Ale w tym samym czasie Mikrokasa — spółka z tradycjami i w dodatku zyskowna, choć na tle konkurencji poważnie zadłużona — oferuje 9,5 proc. 8 proc. zaś zapłaci 4Fun-Media, które zadłużenie finansowe ma niespotykanie niskie.

Twój zysk, twoje ryzyko

Inwestor, który chciałby zainwestować nawet niewielkie kwoty (emisje publiczne umożliwiają obniżenie minimalnego zapisu nawet do nominału jednej obligacji), powinien się nieźle orientować w tym, co może mu zaoferować rynek — także wtórny — by móc dokonać dobrego wyboru i ocenić, czy — po pierwsze — ryzyko związane z inwestycją jest akceptowalne, po drugie czy jest ono właściwie wycenione.

Pomóc mogą w tym proste porównania wskaźników zadłużenia (na Catalyst jest 200 emitentów — na pewno uda się znaleźć emitentów o zbliżonym profilu) i zadanie prostego pytania — czy znajdzie się ktoś, kto w razie potrzeby zapłaci za zabezpieczenie emisji dostatecznie dużo, by spłacić obligacje? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z tych pytań brzmi „nie” albo „nie wiem”, to znak, że lepiej poczekać na kolejną okazję inwestycyjną. Bezprospektowe emisje publiczne są jak promocje w hipermarketach — gdy jedne się kończą, przychodzą kolejne, jeszcze bardziej kuszące.