Małe firmy nie mają szans w logistyce

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2001-01-24 00:00

Małe firmy nie mają szans w logistyce

Perspektywy rozwoju branży transportowej

Krzysztof Rutkowski, kierownik katedry logistyki w SGH uważa, że małe i średnie firmy transportowe, pragnące zaistnieć na rynku usług logistycznych, mają małe szanse na sukces. Polskim operatorom logistycznym pozostała jedynie możliwość rozwinięcia działalności w rynkowych niszach lub podjęcie współpracy z logistycznymi kolosami.

„Puls Biznesu”: Kiedy przysłuchuję się dyskusji o przyszłości małych polskich firm transportowych i spedycyjnych, odnoszę wrażenie, że ich utrzymanie się na rynku wymaga zupełnego przeorientowania dotychczasowej działalności. Co właściwie stało się na rynku?

Krzysztof Rutkowski: Od kilku lat można zaobserwować w Polsce odejście od tradycyjnego podziału pracy. Kiedyś przedsiębiorstwa transportowe odpowiadały za przewóz, firmy spedycyjne za organizowanie procesu przemieszczania ładunku itd. Modna była również wąska specjalizacja branżowa, kierunkowa czy towarowa. Taki podział odchodzi powoli do lamusa. Niskie bariery wejścia na rynek i nadpodaż oferowanych usług oraz ich spadające ceny sprawiły, że oferowanie wąsko wyspecjalizowanych usług staje się coraz mniej opłacalne i nie wychodzi ono naprzeciw oczekiwaniom klientów. Ci coraz częściej obsługę logistyczną działań przekazują podmiotom zewnętrznym. Zachodnie koncerny wchodzące na nasz rynek na początku lat 90. sprowadzały za sobą doświadczone firmy logistyczne, np. Masterfoods i Kraft Jacobs Suchard, za którym weszli FM Logistic i Raben. Atrakcyjny polski rynek przyciągnął większość znanych operatorów logistycznych.

„PB”: Zatem jaki los czeka małe i średnie polskie firmy transportowo-spedycyjne?

KR: Na globalizującym się rynku firma logistyczna — bez względu na swój transportowy, spedycyjny czy kurierski rodowód — może zostać graczem globalnym. Może również ograniczyć się do obsługi niszy rynkowej. Mimo prób dostosowania charakteru działań polskich firm logistycznych do nowych warunków, na polskim rynku zaczynają dominować wytrawni gracze globalnego rynku logistycznego. Nie wierzę, aby którakolwiek polska firma weszła do grona operatorów globalnych. Może natomiast zostać na korzystnych warunkach przejęta przez któregoś z liderów, wejść z nim w alians lub zostać jego podwykonawcą. Może również zaistnieć jako samodzielne przedsiębiorstwo w którejś z lokalnych nisz.

„PB”: Czy małe i średnie firmy transportowe w Polsce są w stanie świadczyć usługi logistyczne na wysokim poziomie?

KR: Osobiście nie wierzę, aby jakakolwiek mała polska firma mogła stworzyć ofertę konkurencyjną dla zachodnich przedsiębiorstw logistycznych. Firma średniej wielkości może pokusić się o specjalizację i z czasem stać się uznanym graczem niszowym. Nie oznacza to bynajmniej, że małe i średnie firmy transportowe muszą zniknąć z polskiego rynku. Część z nich znajdzie zajęcie w obsłudze nisz, inne mogą połączyć się z dużymi firmami, jeszcze inne stać się podwykonawcami. Spedpol bazuje na podwykonawcach usług przewozowych, nie mając własnego taboru. PEKAES, pomimo sporej floty, również korzysta z usług firm zewnętrznych. Podobnie postępują firmy zachodnie. Jest to wielka szansa dla mniejszych polskich przewoźników.

„PB”: Jakie przeszkody może napotkać przedsiębiorca rozpoczynający działalność w logistyce?

KR: Rozszerzenie zakresu usług wymaga inwestycji w środki trwałe i personel. Nawet jeżeli firma posiada już własne środki transportu, musi liczyć się z koniecznością unowocześnienia taboru. Trudno też myśleć o obsłudze logistycznej, jeśli nie ma się odpowiedniego systemu informatycznego.

Polskim firmom brakuje know--how, umiejętności i doświadczenia. Nie mają specjalistów wysokiej klasy i doświadczonych kadr menedżerskich. Poza tym ewentualne zmiany przyjdzie im wprowadzać w warunkach bardzo ostrej konkurencji.

„PB”: Czy w takim razie rozszerzenie usług o te związane z logistyką jest w stanie poprawić kondycję polskich firm transportowych?

KR: Teoretycznie można potwierdzić, iż takie rozszerzenie może uatrakcyjnić ofertę firmy, a w konsekwencji rozszerzyć bazę klientów i zwiększyć obroty. Jeśli przyjmie się, że takie firmy muszą przeorientować swą strategię, dokonać wielu inwestycji oraz pokazać swą wiarygodność w nowej roli, to poza inwestycjami w ludzi i sprzęt trzeba będzie wielu lat pracy. Większości naszych małych i średnich firm na to nie stać. Osobiście jestem sceptycznie nastawiony do traktowania takiej logistycznej reorientacji jako panaceum na choroby całej polskiej branży transportowej.

„PB”: Jak ocenia Pan rynek usług szkoleniowych dla przedsiębiorców pragnących dowiedzieć się czegoś więcej o logistyce?

KR: Myślę, że jest to jeden z najbardziej chorych i hochsztaplerskich rynków kształcenia menedżerów w Polsce. Na logistyce, podobnie jak na medycynie i polityce, znają się w Polsce chyba wszyscy. Każdy może stworzyć instytucję lub program, które mogą mieć w nazwie słowo logistyka, a następnie zaoferować szkolenia „na poziomie międzynarodowym” z reguły odpowiadające jakimś enigmatycznym standardom międzynarodowym. Wiele szkoleń naszpikowanych jest amerykańską lub brytyjską teorią z lat 60. Wiele bazuje na wiedzy i narzędziach tworzonych dla wielkich korporacji międzynarodowych, w ogóle nie mających zastosowania w większości polskich firm. Na rynku szkoleniowym jest zbyt wielu naprędce wykształconych „specjalistów’’, nie rozumiejących specyficznych potrzeb rodzimych firm. Istnieją oczywiście znane ośrodki akademickie, firmy konsultingowe i szkoleniowe, które oferują produkty na bardzo wysokim poziomie. Jednak ich oferta jest zazwyczaj skierowana głównie do filii zagranicznych koncernów i dużych polskich firm.

Marcin Bołtryk

[email protected] tel. (22) 611-62-71