Mało nas do stawiania domów

Mirosław Konkel
25-09-2007, 00:00

Pod względem finansów branża budowlana ma się doskonale. O sytuacji personalnej nie da się tego powiedzieć.

kadry Najlepsi fachowcy wyjechali za chlebem do Wielkiej Brytanii

Pod względem finansów branża budowlana ma się doskonale. O sytuacji personalnej nie da się tego powiedzieć.

Nasza gospodarka znajduje się na fali wznoszącej, co pociąga za sobą wzrost inwestycji. Te zaś w dużym stopniu realizowane są dzięki funduszom unijnym oraz kredytom, których banki udzielają coraz chętniej. A jednak rozwój sektora budowlanego może zostać zahamowany. Powód: deficyt kadrowy. Eksperci szacują, że wynosi on co najmniej 150 tys. osób, ale wkrótce może osiągnąć nawet pół miliona.

— Na budowach brakuje przede wszystkim monterów instalacji wewnętrznych, spawaczy, fachowców od robót szalunkowych i wykonywania żelbetu — wymienia Stanisław Puzio, wiceprezes Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Budownictwa.

Jego zdaniem, byłoby jeszcze gorzej, gdyby firmy nie stosowały półśrodków, np. zawierając umowy-zlecenia ze specjalistami, którzy mają akurat kilkutygodniową przerwę między jednym a drugim dużym zleceniem.

Warszawa nie Londyn

Problemy personalne wynikają m.in. z dysproporcji płacowych między Polską a Zachodem. Jak oblicza wiceprezes Puzio, wynagrodzenia w budownictwie w ubiegłym roku wzrosły u nas o 25 proc., a w tym roku podwoiły się. Dobry, wykwalifikowany robotnik wyciąga według niego 3,5-4 tys. zł brutto, zaś kierownik niższego szczebla — nawet dwie lub trzy średnie krajowe. Mimo to naszych fachowców kusi Wielka Bry- tania.

— Życie w Londynie jest droższe. Ale nawet w Warszawie nie mógłbym marzyć o własnych czterech kątach, a tam takie perspektywy mam — podkreśla Kamil Górski, młody elektryk z Wrocławia, który od dwóch lat pracuje w Anglii.

Skoro nasi fachowcy nie zamierzają wracać do kraju, być może warto zdobyć ich za granicą? Na taki pomysł wpadła gdańska Korporacja Budowlana Doraco.

— Otworzyliśmy filię w Londynie, która zajmu- je się renowacją kamienic — mówi Mariusz Andrzejczak, specjalista ds. marketingu Doraco.

Musi upłynąć wiele lat, zanim w zarobkach dogonimy państwa tzw. starej Unii. Co do tego nie ma wątpliwości. Artur Dziubak, business development manager w firmie Bovis, uważa, że tytułem swoistej rekompensaty każde przedsiębiorstwo powinno stworzyć pracownikom możliwości rozwoju zawodowego.

— Gdyby ludzie mogli podnosić swoje kwalifikacje, a przez to awansować, skala emigracji zarobkowej byłaby mniejsza — przekonuje Artur Dziubak.

A może Hiszpania

Kłopoty z kadrami pogłębia mały dopływ młodych fachowców.

— Zawodówki wprawdzie kształcą dekarzy, betoniarzy-zbrojarzy czy cieśli, lecz niestety, w śladowych ilościach — ubolewa Stanisław Puzio.

Henryk Sacharczuk, właściciel firmy budowlanej Pod Kurantami, tłumaczy to kiepską reputacją tych szkół. Przypomina, że przez lata uważało się, iż w budowlankach uczy się „najgorszy element”. Z dzisiejszej perspektywy jest to nieuzasadniony stereotyp — twierdzi.

— Postęp technologiczny w branży sprawia, że trzeba dużo samozaparcia, żeby nauczyć się zawodu. A więc taka edukacja jest dla najlepszej młodzieży — zauważa Henryk Sacharczuk.

Czy więc cała nadzieja w specjalistach z Ukrainy, Rosji i Białorusi? Przypomnijmy: mogą oni pracować w polskich przedsiębiorstwach dwa razy w roku po trzy miesiące bez zezwolenia. Albo nawet przez rok, tyle że już za zgodą urzędu wojewódzkiego i po zapłaceniu 960 zł. KB Doraco zdecydowała się na tę drugą opcję (pracownicy zza wschodniej granicy stanowią 2 proc. załogi korporacji).

— Przez trzy miesiące robotnik zaznajamia się z firmą. Dopiero po tym okresie staje się efektywny. Zatem jeśli zatrudniać, to na dłuższy okres — tłumaczy Mariusz Andrzejczak.

Na inną kwestię zwraca uwagę Stanisław Puzio. W jego firmie pracuje dziesięciu budowlańców ze Wschodu, choć — jak zaznacza — przydałoby mu się z 40 osób.

— Ale przekonanie tych, których mam, zajęło mi parę miesięcy. Na początku wcale nie byli zadowoleni z zaproponowanych wynagrodzeń — wspomina przedsiębiorca.

— Oferty z Polski nie zawsze są atrakcyjne finansowo, więc ukraińscy, białoruscy czy rosyjscy pracownicy często wybierają południe Europy — dodaje Julija Miedwecka, menedżer ds. rynków zagranicznych w firmie doradztwa personalnego Impel HR Service.

Mirosław Konkel

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Mało nas do stawiania domów