Od ponad 20 lat wspina się po szczeblach kariery w świecie biznesu i finansów. Przez wiele lat pełnił funkcje dyrektorskie związane z zarządzaniem ryzykiem w różnych bankach. W 2019 r. został powołany na członka zarządu, a w listopadzie 2021 r. został prezesem Nest Banku. Zarówno w pracę, jak i w sport angażuje się w pełni. I choć dzieli swój czas między trzy dyscypliny – windsurfing, tenis i jazdę na nartach, to ta pierwsza zajmuje szczególne miejsce w jego sercu.
– Gdy byłem nastolatkiem, rodzice otrzymali możliwość wyjazdu na ośmioletni kontrakt do Libii. W szkole, do której uczęszczałem, było niewielu rówieśników, ponieważ była to placówka przy konsulacie, gdzie łączna liczba uczniów wynosiła kilkanaście osób. To sprawiało, że trudno było grać w sporty zespołowe. Dlatego aktywności indywidualne cieszyły się większą popularnością. Próbując znaleźć swoje miejsce, zacząłem polować na ryby z kuszą, uprawiałem windsurfing i tenis – opowiada Piotr Kowynia, prezes Nest Banku.
Przeszłość i teraźniejszość
W jego nastoletnich latach windsurfing nie był jeszcze tak popularny jak dzisiaj. Sprzęt też wyglądał zupełnie inaczej – deski były bardzo duże i ciężkie, zazwyczaj zrobione z laminatu, żagle z płótna, a maszt i bom z ciężkiego aluminium. Szybko się jednak okazało, że te dwa materiały nie pasują do świata sportów wodnych i zostały skutecznie zastąpione przez syntetyczny monofilm i włókna węglowe.
– Gdy widzimy windsurferów, odnosimy wrażenie, że muskają wodę i wręcz nad nią latają. Sprzęt z przeszłości ważył nawet 30-40 kg i pływanie na nim wyglądało zupełnie inaczej. Bardziej przypominało żeglowanie niż to, co teraz nazywamy windsurfingiem – mówi Piotr Kowynia.
Po powrocie do Polski miał kilkuletnią przerwę w pływaniu na desce. Skupił się na studiach i pracy. Po latach żona zachęciła go do powrotu do windsurfingu. Zaczął trenować pod Krakowem – nad zalewem Kryspinów.
– Ten zbiornik wodny powstał na terenie dawnej kopalni piasku – doły zasypano i tak powstało kąpielisko. Choć odległość od jednego brzegu do drugiego nie przekracza nawet kilometra, te kilkaset metrów wystarczyło, żebym polował na każdy podmuch wiatru. Po powrocie na deskę zdziwiłem się, jak wygląda współczesny sprzęt – lżejsze i wygodniejsze konstrukcje umożliwiały szybkie oderwanie się od powierzchni wody. Początkowo pływałem dla przyjemności, aż poznałem ludzi z okolic Zatoki Puckiej, którzy zaszczepili we mnie ducha zdrowej rywalizacji – opowiada prezes Nest Banku.
Nieokiełznane żywioły
W sierpniu spędził na wodzie około stu godzin – poświęcił na windsurfing cały urlop. Mimo ołowianych chmur i często niskich temperatur wiatr sprawił, że był to naprawdę dobry miesiąc na uprawianie tego sportu. Menedżer zazwyczaj trenuje na Zatoce Puckiej i uważa, że to jedno z najlepszych na świecie miejsc do windsurfingu. Szerokość akwenu i niewielkie głębokości dają możliwość rozwinięcia dużej prędkości. Ponadto zatoka bardzo rzadko zamarza, co pozwala cieszyć się tym sportem również zimą.
– W moim windsurfingu wszystko obraca się teraz wokół szybkości, a żeby ją uzyskać, trzeba wziąć pod uwagę wiele aspektów, m.in. wiatr, fale, ustawienie sprzętu i nasze umiejętności. To nie jest łatwy sport. Mój obecny rekord to 61 km/h, ale bardzo dobrzy amatorzy potrafią płynąć nawet 75 km/h, natomiast rekordy świata osiągane na specjalnych torach sięgają niemal 100 km/h – mówi Piotr Kowynia.
Pierwsze lekcje windsurfingu wydają się bardzo proste. Instruktorzy rozpoczynają naukę od wielkiej deski, po której można wręcz spacerować, a do tego używany jest mały żagiel. Uczniowie mają więc dużą kontrolę nad tym, co dzieje się na wodzie. To pływanie nie ma jednak nic wspólnego ze ślizganiem się po wodzie. Schody zaczynają się, gdy windsurfer zrozumie podstawy i wie, jak pływać wypornościowo. Wtedy może rozpocząć naukę ślizgu po wodzie – ale niektórzy trenujący nie są w stanie przekroczyć tej bariery.
– Potrzeba naprawdę dużego żagla, by wyrwać deskę z wody. To wymaga także znacznej siły, bo sprzęt trzeba odpowiednio rozpędzić. Mam wrażenie, że działają wtedy wszystkie mięśnie nóg, pleców, rąk i ramion. Tętno dochodzi nawet do 185 uderzeń serca na minutę, a podczas godziny intensywnego windsurfingu spalam zazwyczaj ok 800 kcal. To niezwykle energochłonna dyscyplina– zaznacza Piotr Kowynia.
Na styku sportu i biznesu
Prezes Nest Banku wspomina, że prędkość wiatru, fale i chęć utrzymania kontroli nad deską angażują umysł na tyle mocno, że nie ma możliwości myślenia o niczym innym. To odpoczynek od codziennych spraw.
– Żywioł, z którym mam do czynienia na desce, sprawia, że czuję niepewność, ale mimo to idę dalej w te emocje. Czasami płynę szybciej, czasami jestem wręcz przygnieciony podmuchem wiatru. Ludzie mają naturalną tendencję do chronienia się przed żywiołem, ale dla mnie stwarza on nowe możliwości. Pojawia się poniekąd poczucie boskości, bo staram się według własnego pomysłu okiełznać coś nieujarzmionego – wskazuje Piotr Kowynia.
W swoim stosunku do windsurfingu widzi alegorię sposobu, w jaki prowadzi bank. Mówi, że gdy dokonuje się odgórna zmiana np. w prawie, która na pierwszy rzut oka nie jest korzystna, stara się wykorzystać ją na rozwój i nowe możliwości instytucji. To tak jak z silniejszym podmuchem wiatru – można się go obawiać, ale dzięki niemu można też przyspieszyć.
– W sporcie i finansach doceniam też nowe technologie. Początkujący sportowiec często uważa, że skoro nie jest jeszcze dobry w swojej dyscyplinie, to nie musi mieć bardzo dobrego sprzętu. Sądzę, że to błąd – mam taką samą deskę jak profesjonalni zawodnicy w windsurfingu, by móc dążyć do ich poziomu. Nie chcę mieć wymówek, że gdybym tylko miał lepszy sprzęt, to dopiero wtedy bym pokazał, na co mnie stać. Podobnie myślę o banku. Jeżeli kupujemy produkt, który ma usprawnić jego działanie, to chcę, by był najwyższej jakości. Jestem głuchy na argumenty, że nie skorzystamy ze wszystkich możliwości danego oprogramowania czy sprzętu. Uważam, że posiadanie najlepszej technologii powinno zachęcać do doskonalenia się w swojej dziedzinie – uważa Piotr Kowynia.
Sportowy cel
Chociaż nie bierze udziału w zawodach, element dokładnie mierzonej rywalizacji istnieje – porównuje swoje wyniki w grupie znajomych windsurferów i stara się osiągać jak największe szybkości.
– Pływanie traktuję bardzo ambicjonalnie. Moim celem jest osiągnięcie 38 węzłów, czyli około 70 km/h. To jest bariera, którą trudno pokonać amatorowi. W świecie windsurferów to już wyższy poziom wtajemniczenia. Wchodzą w grę umiejętności, sprzęt, lecz także wiedza na temat akwenu. Mam nadzieję, że w mój żagiel będzie wiał pomyślny wiatr – podsumowuje Piotr Kowynia.






