Pan Zbigniew (szczegółowe dane znane redakcji) prowadzi firmę działającą w tzw. branży eventowej, czyli organizującą imprezy na zlecenie innych, zwykle dużych firm. Są to imprezy rozmaite, od rocznicowych podsumowań, akademii i kuligów dla pracowników, po szkolenia dla personelu i klientów, zwykle także z artystycznym bądź turystycznym punktem programu. Każda impreza jest więc inna i niepowtarzalna, każdą przygotowuje się od podstaw, angażując wielu podwykonawców.
Nasz czytelnik przysłał do redakcji list adresowany także do wszystkich kolegów ze swojej branży, w którym opisuje bolączkę, na jaką cierpi jego firma. W ostatnich czasach — twierdzi — coraz częstszą praktyką staje się niepoważne i instrumentalne traktowanie partnerów w branży organizatorów imprez.
„Chyba wszyscy z nas spotkali się z postępowaniami przetargowymi, które są z góry rozstrzygnięte. Osobiście miałem przypadek, że dostałem zlecenie na organizację poważnej imprezy dopiero po moim proteście przeciw takiej praktyce (miałem na to niezbity dowód). A ile razy dostaliście zlecenie na przygotowanie imprezy, a później okazało się, że był to tylko cichy przetarg?”.
Akcentuje, że inaczej przygotowuje się ofertę przetargową czy konkursową, a inaczej przystępuje się do prac przygotowawczych, trzymając w ręku formalne zlecenie. Trzeba wówczas zarezerwować lokale, transport, gastronomię, zespół muzyczny. Uruchamiane są przedpłaty, zaczynają kręcić się kółka wielu mechanizmów. Nie wszystkie z nich można wstrzymać, jeśli nagle okazuje się, że rzekome zlecenie, było w istocie zawoalowanym zaproszeniem do konkursu ofert.
„Tym listem chciałbym wywołać dyskusję, która być może doprowadzi do jakichś rozstrzygnięć. Mam na myśli wypracowanie mechanizmów, które pozwolą na normalną pracę w przyszłości. Nasi zleceniodawcy muszą mieć świadomość, że ktoś im patrzy na ręce. Być może trzeba będzie utworzyć czarną listę firm czy osób, z którymi podejmowanie współpracy stanowi duży element ryzyka” — czytamy w liście.
Istnieje prawdopodobieństwo, że panu Zbyszkowi nie wiedzie się w biznesie, więc usiadł na kanapie i ma za złe wszystkim dookoła. Jednak wiem skądinąd, że nie należy on do nieudaczników, a o wyborze nietypowej formy otwartego apelu zamiast czynionych półgłosem ustaleń zadecydowała jego społecznikowska pasja. To najważniejsza nauka z całej sprawy: o problemach należy mówić głośno i podejmować próby zorganizowania środowiska do ich pokonania. Jeśli nawet rzucone ad hoc pomysły typu czarnej listy okażą się zbyt proste i dyskusyjne od strony prawnej, to zawsze jest wówczas możliwość, że kto inny będzie miał lepszą propozycję.
Publiczna dyskusja o problemie, choć trudna i powolna, wydaje się najlepszym sposobem dochodzenia do rozwiązań. Nie wszystko daje się rozstrzygnąć na podstawie istniejących aktów prawnych, które często nie nadążają za sytuacjami stwarzanymi przez życie. Dlatego będę po cichutku kibicował panu Zbyszkowi i proszę go o dalsze informacje.