Materac, świeczka i sen o miliardach

Polscy przemysłowcy rozpychają się w USA łokciami. Dla Walmartu, IKEA czy lokalnych władz już są bohaterami — bo przynoszą produkt made in America

Z Polski do Dublina pojechać najlepiej przez… Toronto: po starcie samolotu, przy odrobinie szczęścia, widać w oddali wodospad Niagara. Po kilku godzinach lotu na południe pod skrzydłami są już zielone połacie Karoliny Północnej. Szlak z lotniska w Charlotte w stronę Virginii to międzystanowa „77”, okryta nie najlepszą sławą, tłoczna, pełna ciężarówek zakurzonych pyłem jeszcze z Alaski. Po trzech godzinach jazdy pojawią się nieco mazurskie krajobrazy: lesiste wzgórza, rogacizna, drewniane domy.

HEKTARY ZIEMI, CHMARA POMYSŁÓW:
Wyświetl galerię [1/2]

HEKTARY ZIEMI, CHMARA POMYSŁÓW:

Nowa fabryka Korona Candles docelowo ma produkować kilka milionów świec dziennie. Jak zwiększyć produkcję? Dobudowując kolejne części zakładu i ściągając z Polski kolejnych kooperantów. ARC

Jak 30 Biedronek

Hrabstwo Pulaski leży tuż przy autostradzie, centrum życia w tym rejonie to Walmart, w którym kupisz wszystko i jeszcze trochę. Wyporność marketu? Jakieś 30 Biedronek. Wchodzisz i jak już opanujesz migotanie serca, idź w stronę regałów z dekoracjami wnętrz. Na jednej ze środkowych półek leżą one: różnokolorowe, pachnące i ozdobne. Najpopularniejsze świece to tzw. tealighty, małe, w okrągłych aluminiowych kubeczkach. Sygnowane są marką własną Walmartu — Mainstays, ale też bijącym po oczach napisem „made in the USA”. Oto one — świece produkowane przez nową, amerykańską fabrykę polskiej Korony. Wyjeżdżają z zakładu Korona Candles w nieodległym Dublinie.

— Właśnie przesuwamy tealighty na jeszcze wyższą półkę. Dlaczego? Bo sprzedają się świetnie i mają sprzedawać się jeszcze lepiej — tłumaczy Michelle Gloeckler, zarządzająca kilkoma dywizjami amerykańskiego giganta handlu, wizytując linie produkcyjne dostawcy rodem z Polski.

Slajdy Michelle

Obecność Michelle Gloeckler w fabryce Korona Candles to nie przypadek. To jedna z gwiazd menedżmentu największego detalisty za oceanem. To ona przewodniczy organizacji kobiecych liderek pod auspicjami Baracka Obamy, to jej rodzina Waltonów dała ambitne zadanie: w kilka lat Walmart ma zainwestować 250 mld USD w produkty i producentów, wspierających amerykański rynek pracy. Korona przez rok negocjowała kontrakt z Walmartem — wcześniej produkowane w Wieluniu świeczki przypływały z Hamburga do Norfolk.

— Made in USA to dla nas nie jest pusty slogan. Korona wpisuje się w ten trend, pokazuje, że produkcja w Stanach Zjednoczonych nie musi wcale oznaczać wyższych cen — tłumaczy Michelle Gloeckler.

Walmart nie podpisał z Koroną żadnej długofalowej umowy, nie podjął żadnych wielkich zobowiązań, nie zainwestował w nową fabrykę. Ale pokazał kilka slajdów. Jeden z nich to taki, że co roku ludzie zostawiają w sklepach sieci niemal 0,5 biliona USD. Kolejny mówi o wielkości rynku świec, którego wartość jest szacowana w Stanach Zjednoczonych na 3 mld USD rocznie. To niemal dwukrotnie więcej niż na Starym Kontynencie.

— Po co nam kolejna fabryka? Bo jesteśmy wciąż głodni i mamy jasny cel. Za kilka lat chcemy być największym prywatnym producentem świec na świecie — mówi Friedrich Rather, jeden ze współzałożycieli Korony. Krzysztof Jabłoński, największy akcjonariusz spółki i jej wieloletni szef, dodaje, że obecne plany produkcyjne są bardzo konserwatywne. Jak twierdzi, rozwijanie współpracy z Walmartem i IKEA w USA to cel minimum. Jeśli zostanie zrealizowany, już w tym roku z Dublina wyjeżdżać będzie ponad 1 mln świec dziennie. A plan maksimum?

Znak od Boga

Plan maksimum to łąki otaczające halę produkcyjną Korona Candles i umowy z innymi wielkimi sieciami w Ameryce Południowej. Na celowniku są Kmart, Publix, Target. Krzysztof Jabłoński wychodzi boczną bramą i zamaszystym łukiem ogarnia okoliczny teren. To jest działka, dająca możliwość rozbudowy zakładu. Równie ważna jest bliskość linii kolejowej.

— Mamy zapewnienie lokalnych władz, że jeśli tylko będziemy mieli takie potrzeby produkcyjne, tory podejdą niemal pod drzwi zakładu — podkreśla Krzysztof Jabłoński. Na razie potężne hale w większości stoją puste — w magazynie czekają gotowe do złożenia maszyny — przesyłki z Europy. Pracuje kilka linii, auta 80 pracowników (docelowo będzie ich niemal 200) zajmują ledwie część parkingu. Dla lokalnych władz polska firma w hrabstwie Pulaski to już i tak niemal dar od Boga. Przez kilka ostatnich lat na parkingu hulał wiatr. Zakład w Dublinie wybudował niemiecki TMD Friction, jednak dość szybko producent podzespołów do hamulców wyniósł się do Meksyku — tam siła robocza kosztuje dużo mniej.

— Inwestycja warta 21 mln USD to niebagatelna sprawa na skalę całej Virginii. Okazuje się, że jednak w USA opłaca się produkować — zwracał uwagę Peter Huber, przemawiając podczas otwarcia fabryki (dotychczas trwał jej rozruch). Jego zdaniem, owszem, lokalne władze dały niewielkie ulgi podatkowe, dotacje, ale jednocześnie postawiły wysokie wymagania, jako że w herbie hrabstwa widnieje maksyma „Doskonałość, wizja, duma”. Przytakiwał mu reprezentant senatora z Virginii, przekazując prezent: flagę stanu z wybitym łacińskim mottem znaczącym tyle, co „śmierć tyranom”.

— Szukaliśmy właściwej lokalizacji długo, ale zawsze tu, w największej demokracji świata. To tu rozkręcimy się do poziomu miliarda złotych przychodu rocznie — mówi Andrzej Wróbel, długoletni wiceprezes Korona Candles.

Banki z parafiny

Bankierzy z polskich oddziałów Citibanku, Deutsche Banku i mBanku pracowali nad kredytowaniem inwestycji Korony przez dwa lata. Widząc powiewające przed zakładem trzy flagi, w tym także polską, wyjmują komórki i pstrykają pamiątkowe fotki.

— To była dość skomplikowana operacja. Spółka nie mogła liczyć na korzystne finansowanie z amerykańskich banków, bo na tym rynku jest przecież nowa — mówi jeden z finansistów.

Nie to, że Korona nie miała dostępu do kapitału — w końcu na otwarcie fabryki kilkoro pomniejszych inwestorów Korony przyleciało z Niemiec własnymi odrzutowcami. Jednak Krzysztof Jabłoński chciał pożenić rodzinny charakter firmy z jej korporacyjnymi ambicjami.

Dlatego zaangażował banki, mając na zapleczu finansowy parasol. Stoimy w zacinającym, zimnym, kwietniowym deszczu. A Krzysztofowi Jabłońskiemu w to graj.

— Do Meksyku się nie wyniesiemy. A to dlatego, że produkcja świec wymaga utrzymywania parafiny w odpowiedniej temperaturze. Zatem na zewnątrz nie może być ani za gorąco, ani za zimno. Musi być tak jak w Polsce, inaczej wydatki na ogrzewanie lub klimatyzację szybko rosną — tłumaczy prezes Korona Candles.

Magnes Agnieszki

Dla lokalnych mediów gwiazdą i tak jest nie Krzysztof Jabłoński czy Friedrich Rather, ale Agnieszka Fąfara, szefowa amerykańskiej gałęzi Korona Candles. Niepozorna, skromna brunetka na co dzień jest mózgiem fabryki w Dublinie. Do Korony w Wieluniu trafiła z prozaicznego powodu: świetnie zna angielski. Był początek lat 90., a Agnieszka Fąfara spełniała się jako nauczycielka angielskiego w wieluńskiej szkole. Dziś, po latach awansów, podkreśla, że realia amerykańskie to nie tylko american dream.

— Nie wszystko jest tu tak różowe, jak malowali nam to Amerykanie. Oni mają świetny marketing, są pewni siebie, przekonujący. Jednak potem okazuje się, że w kwestii przepisów np. pożarniczych są drobiazgowi aż do bólu. Pracownicy? Jest rotacja, zdarzyło się, że jedną osobę wyprowadzono z zakładu w kajdankach. Tu ludzie od miejscowego szeryfa bardzo się przydali — mówi Agnieszka Fąfara.

Wokół spółki zarządzanej przez polską menedżerkę zaczyna rodzić się wianuszek dostawców, pracujących z Koroną w Polsce. W Dublinie swoje podwoje otworzył niemiecki Rick Stamping, który w Polsce produkuje aluminiowe kubki to tealightów.

— Od lat rośniemy wraz z Koroną, dlaczego więc nie robić tego także w USA? — pyta Mark Cremer, jeden z właścicieli Rick Stamping. Krzysztof Jabłoński namawia też radomski Trend Glass, dostawcę szkła, by w Dublinie postawił hutę szkła. — To będzie żyła złota. Działka jest gotowa, ja jestem gotowy, by partycypować w inwestycji — kusi Łukasza Bernadego, jednego z szefów rodzinnej firmy z Radomia. — Nie mówię „nie”. Pytanie o czas — komentuje Łukasz Bernady.

Kamprad z Danville

Paweł Pietrasieński, szef wydziału promocji handlu i inwestycji w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie, nie pierwszy raz ogląda przemysłowe dokonania Polaków w Virginii. W Danville, przy Kentucky Road (jakieś trzy godziny samochodem od stolicy USA), ciągną się potężne hale spółki o nic niemówiącej nazwie EBI LLC. Jakąś wskazówką jest sąsiedztwo Swedwood, produkcyjnego ramienia IKEA.

— To w Danville powstają materace, na których śpią miliony Amerykanów — wyjaśnia Paweł Pietrasieński.

Zdjęcia fabryki w Google Maps pokazują jej ogrom: 60 naczep od ciężarówek stojących na jej zapleczu wygląda niczym zapałki. EBI LLC to spółka zależna Com.40, należąca do Bogdana Kaczmarka. Pochodzący z Kalisza biznesmen od lat produkuje dla IKEA (ale także dla innych odbiorców) kanapy i materace. Ma także kilka innych przedsięwzięć, m.in. odzieżowego Big Stara. Unika mediów jak ognia, ostatnio nawet skutecznie wypisał się ze wszystkich „list najbogatszych”. Jednak nie wypisał się z realiów amerykańskiego przemysłu: jego fabryka (zresztą również kierowana przez kobietę, Angelikę Matczak) zatrudnia ponad 500 osób, produkcja jednego materaca zajmuje poniżej 1 minuty. Przychody jego spółek dobijają do 1 mld zł rocznie. Dla IKEA EBI LLC jest jednym z kluczowych dostawców, dla Korony Bogdan Kaczmarek był jednym z bezcennych doradców przy inwestycji za oceanem.

— Kto by pomyślał, że 20 lat temu przedsiębiorcy ze smutnej Polski będą w Stanach robili takie rzeczy — uśmiecha się Bogdan Kaczmarek i pędzi do swojego Danville, praca woła. Wygląda więc na to, że w przypadku polskich przemysłowców w Stanach jedynie na „takich rzeczach” się nie skończy.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Materac, świeczka i sen o miliardach