Fundusz kierowany przez Tomasza Czechowicza nie zgadza się z niektórymi kluczowymi ustaleniami Sądu Najwyższego (SN), leżącymi u podstaw uchylenia wyroku przyznającego spółce 46,5 mln zł odszkodowania za straty na akcjach JTT Computer. Spółka zapewnia, że nigdy nie uzyskała żadnych korzyści w toku postępowania upadłościowego JTT. Przeciwnie, na własny koszt i rachunek podejmowała, za pośrednictwem swojej spółki zależnej Technopolis, próby restrukturyzacji zadłużenia JTT i spłacała jej długi. MCI swoje racje zamierza udowodnić we wrocławskim Sądzie Apelacyjnym, który 7 stycznia 2013 r. ponownie rozpozna sprawę.
Sąd Najwyższy pobłądził?
— Mamy wiele uwag do uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego, uchylającego odszkodowanie. Niektóre tezy w nim zawarte wypaczają prawdę o historii JTT i działaniach MCI jako akcjonariusza. Nieprawdziwy obraz wydarzeń wprowadza w błąd opinię publiczną i krzywdzi naszą firmę — mówi Magdalena Pasecka, członek zarządu MCI Management.
Prawnicy firmy wypunktowali ustalenia SN w piśmie, które złożyli we wrocławskim sądzie.
— Wnieśliśmy o przeprowadzenie dodatkowego postępowania dowodowego, ponieważ SN w swoim uzasadnieniu stawia MCI zarzuty, których w toku całego procesu absolutnie nie udowodniła strona przeciwna, czyli skarb państwa. Uważamy, że SN, w wielu swoich wywodach dotyczących JTT nie oparł się na zgromadzonym materiale dowodowym — twierdzi Sylwester Cetera, radca prawny, pełnomocnik MCI.
Korzystny dla MCI wyrok odszkodowawczy SN uchylił 22 czerwca i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania sądowi apelacyjnemu. Kilka miesięcy sporządzał uzasadnienie. Opisaliśmy je 12 listopada w artykule „Sąd Najwyższy węszy spisek w JTT”.
Prawda jest tylko jedna
Sędziowie najwyższej instancji doszli do następujących wniosków: mogło dojść do zmowy kilku podmiotów, w wyniku której MCI miał sprzedać akcje upadającego JTT po niedoszacowanej cenie, obracać nimi oraz nabytymi od syndyka aktywami i uzyskać z tego wielomilionowe zyski, nie podjęto próby ratowania JTT, a potem zażądano odszkodowania. Spółka twierdzi, że to wszystko nieprawda.
— Po ogłoszeniu upadłości JTT w 2004 r. MCI podejmował działania zmierzające do odbudowania wartości spółki. Plan naprawczy zakładał powołanie na bazie nieruchomości JTT Parku Technologicznego. Jednocześnie zarząd JTT oraz MCI jako akcjonariusz mniejszościowy prowadzili intensywne rozmowy na temat układu z największym wierzycielem JTT, czyli Kredyt Bankiem. Rozmowy nie przyniosły efektu — przypomina Sylwester Cetera. Podkreśla, że po ogłoszeniu upadłości zarządowi JTT odebrano możliwość działania.
— Zarząd nie mógł więc dokonywać żadnych operacji finansowych godzących w interes masy upadłości. Próby sanacji JTT mogły polegać wyłącznie na negocjacji warunków układu z wierzycielami — wyjaśnia pełnomocnik funduszu. MCI za 36 proc. akcji JTT zapłacił 10 mln zł, a był zmuszony je sprzedać Technopolis za 45 tys. zł. Tak bardzo spadła ich wartość w wyniku zniszczenia firmy przez fiskusa. Czy to była niedoszacowana cena, jak sugeruje SN?
— Cena sprzedaży tych akcji była najwyższą możliwą do osiągnięcia. W chwili ich sprzedaży kondycja spółki JTT nie rokowała uzyskania jakichkolwiek pieniędzy. Co więcej, wartość wierzytelności zgłoszonych do masy upadłości wyniosła ok. 40 mln zł i kilkakrotnie przewyższała wartość przedsiębiorstwa, które w 2005 r. zostało wycenione na 13 mln zł — mówi Sylwester Cetera. Jego zdaniem, Technopolis nigdy nie nabyła żadnych aktywów (ani innych wartości) od syndyka JTT.
— Spółka ta przejęła tylko długi JTT w celu zaspokojenia wierzycieli — mówi prawnik MCI. Twierdzenie SN o zmowie nazywa absurdalnym. Prawnicy MCI twierdzą też, że SN nie miał prawa samodzielnie ustalać sekwencji wydarzeń dotyczących JTT. Potwierdzają to inni eksperci.
— Sąd Najwyższy absolutnie nie może ustalać stanu faktycznego sprawy, którą się zajmuje — mówi prof. Jacek Jagielski z Uniwersytetu Warszawskiego.
— Nigdy nie zetknąłem się z sytuacją ani o takiej nie słyszałem, aby najwyższa instancja sądowa ustalała stan faktyczny. To byłoby kuriozum prawne. Sąd Najwyższy jest „sądem prawa”, a nie „sądem faktu” i jest związany ustaleniami niższych instancji — dodaje Radosław L. Kwaśnicki, partner zarządzający w kancelarii prawnej Kwaśnicki, Wróbel i Partnerzy. Biuro prasowe SN odmówiło jakiegokolwiek komentarza.