Co piąta para ma problem ze spłodzeniem potomka — na takie dane powołuje się sieć medyczna Medicover, która przejęła InviMed, holenderską spółkę specjalizującą się w leczeniu niepłodności.
Nowy nabytek posiada cztery placówki — w Warszawie, we Wrocławiu, w Poznaniu i Gdyni. Kwota transakcji nie została ujawniona.
— Spółka jest jednym z wiodących ośrodków leczenia niepłodności. Co roku rośnie o około 12 proc., a w 2011 r. jej przychody przekroczyły 24 mln zł — informuje Paweł Kacprzyk, prezes Medicovera.
Rywali InviMedu nie ma zbyt wielu. Jak informuje nowy właściciel, liczących się graczy jest około dziesięciu, a InviMed jest jednym z największych. Cały rynek wycenia na około 150 mln zł.
— Rynek jest w początkowej fazie rozwoju. Obecnie 15-20 proc. par ma problemy z niepłodnością, a może być ich jeszcze więcej — mówi John Stubbington, dyrektor operacyjny Medicovera.
Dodaje, że z pomocą może przyjść państwo. Rząd rozważa refundację in vitro, choć na to będzie trzeba poczekać. Medicover się nie zniechęca i tłumaczy, że bez tego rynek rośnie rocznie o 5-6 proc. Wobec nowego członka grupy ma ambitne plany.
— Chcemy otwierać kolejne kliniki. Na pierwszy ogień — pod koniec tego roku — pójdzie Śląsk — zapowiada John Stubbington. Medicover nie chce się zresztą ograniczać do Polski. Na jego celowniku są też inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, m.in. w Rumunii i Ukrainie, gdzie grupa jest już obecna.
— Jednak wejdziemy tam najwcześniej w przyszłym roku — zastrzega John Stubbington. Jak wczorajsze przejęcie komentują rywale? Piotr Gerber, prezes EMC Instytutu Medycznego, pozytywnie ocenia ruch Medicovera.
— InviMed pasuje do układanki, ponieważ uzupełnia portfolio grupy. Co więcej, rynek wydaje się rozwojowy — mówi Piotr Gerber.
Dodajmy, że przejęcie Medicovera nie jest pierwszym na polskim rynku. W 2009 r. kupił centrum Medyczne Damiana, a rok później mniejszościowy pakiet w Carolina Medical Center. Nie ukrywa, że na oku ma kolejne spółki.
— Stale monitorujemy rynek i szukamy ciekawych firm, które pasują do profilu grupy — mówi John Stubbington.