Mercedes jako ostateczny afrodyzjak

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 12-02-2018, 22:00

Dieta była motywem przewodnim aukcji samochodów — zlicytowano odchudzonego mercedesa, „Spirit of Ecstasy”, a nawet napięte oponki Michelin.

Pożądliwy popyt zadecydował, że wystawiony na paryskiej aukcji unikatowy egzemplarz mercedesa 300 SL uzyskał równowartość niecałych 2,7 mln zł. Gdyby rozważał go nie inwestor, tylko surowy dietetyk, i tak przyklasnąłby na wiadomość, że wersja wystawiona na licytację w Bonhams została wcześniej wyszczuplona o zbędne kilogramy blachy.

ALUFELGI: Aluminiowa karoseria już w latach 50. pozwoliła odchudzić rajdową wersję o 337 kg, dlatego zrekonstruowany w tej formie mercedes-benz 300 SL zaostrzył licytację do 632,5 tys. EUR (2,7 mln zł).
Zobacz więcej

ALUFELGI: Aluminiowa karoseria już w latach 50. pozwoliła odchudzić rajdową wersję o 337 kg, dlatego zrekonstruowany w tej formie mercedes-benz 300 SL zaostrzył licytację do 632,5 tys. EUR (2,7 mln zł). Fot. Bonhams

Samochód przerobiony na wzór pewnej legendy wygląda trochę jak z rajdu, a trochę jak ze sklepu z zabawkami — cały w karoserii z lekkiego aluminium, z rozpartym na niebieskich fotelach duchem lat 90.

Mistrz tuningu

Legenda, którą ożywić miał obity aluminium mercedes, zaczęła krążyć nad torami wyścigowymi Ameryki już w latach 50., kiedy pasjonat modelu 300 SL Paul O’Shea postanowił przerobić dwa egzemplarze tak, żeby jeszcze bardziej zwiększyć ich szanse w warunkach rajdów. Jedno z aut wyposażył sam we wspomnianą lżejszą karoserię, co pozwoliło mu prześcignąć nie tylko silniki forda czy chevroleta, ale też astona martina, ferrari i maserati — w 18 z 22 wyścigów, w których wziął udział. Po trzech dekadach pamięć o tych wydarzeniach zatliła się mocniej, ku zaskoczeniu,w Monachium, gdzie inny entuzjasta zdecydował się kupić oryginalnego mercedesa- -benz 300 SL z 1957 r. i przerobić go wedle tego samego wzoru tak drobiazgowo, żeby samochód był gotowy na jeden z bardziej forsownych rajdów — Carrera Panamericana.

Ten właśnie egzemplarz uzyskał na ostatniej paryskiej licytacji równowartość 2,7 mln zł, a to w przybliżeniu tyle samo, ile zapłacono wtedy za najwcześniejszą wersję lamborghini countach i za równie wymyślną karoserię przedwojennej minervy. Belgijska Minerva zaczęła co prawda od wytwarzania rowerów, jednak wart 603,8 tys. EUR (2,5 mln zł) typ K pochodzący z 1907 r. jest tak złoto-mahoniowy, że bardziej przypomina wystawny wiśniowy dyliżans niż samochód. Dekoracyjny ażur siatki zabezpieczającej bagaż na dachu, ozdobne szkło wyzłoconej latarenki, wybite czekoladową skórą fotele — wszystko jak z czasów, kiedy damy woziły swoje kapelusze w kufrach, a od słońca chroniły je białe parasolki.

Poza tym, że auto rzeczywiście jest tak dobrze zachowane, jego cenę mógł też podnieść skomplikowany jak na czas powstania odłączany dach, który wpasowywał samochód w modną ówcześnie konwencję pojazdu stosownego na każdą porę roku. Odnosząc natomiast to kryterium do prezentacji wystawionego lamborghini, można odnieść nawet przeciwne wrażenie — auto nie byłoby stosowne w ogóle, chyba że na lot w przestworza.

Lamborghini na księżycu

Tak właśnie komentowano nowy model Countach, kiedy w 1971 r. zalśnił po raz pierwszy na salonie w Genewie, sprawiając silne wrażenie, że nie jest autem na drogi, tylko jakimś popisem wzornictwa, czysto wystawowym. Z zadartymi do góry drzwiami i wnętrzem, które powszechnie przywodziło na myśl kokpit statku kosmicznego, lamborghini mogło szokować, zwłaszcza świeżo po misji Apollo 11. Wbrew takiej reakcji, produkcja podjęta została w prawie niezmienionej formie i po kilku latach, w 1974 r., były już realizowane zamówienia klientów.

W związku z tym, że najwyższy potencjał inwestycyjny zazwyczaj mają samochody z najwcześniejszych lat produkcji, egzemplarz w wersji periscopio z 1974 r. mógł zasługiwać na stawkę 638,3 tys. EUR (2,7 mln zł). Czysta forma wczesnego lamborghini, podobnie jak staranniezachowana burżuazyjna minerva czy obity drogim aluminium mercedes to jednak — w odniesieniu do diety — kąski pełnowartościowe, godne magnetyzujących Gwiazdek Michelin.

Dysponując skromniejszym budżetem, też można się natomiast posilić, i to samą wisienką skradzioną z tortu, bo, zgodnie z tradycją, na paryskiej aukcji samochodów aż roiło się od osobnych statuetek, które wieńczą zwykle maski przykładowych rolls- -royce’ów. Rzeźbiarsko opracowane przedstawienia, na czele z sylwetką św. Jerzego pokonującego smoka, kosztowały nawet równowartość 25 tys. zł, ale sam symbol Rolls- Royce’a, a więc wychylającą się pod wiatr kobiecą figurę „Spirit of Ecstasy”, można było mieć za 2,6-9,4 tys. zł, w zależności od użycia srebra.

Z podobnych namiastek dałoby się też wybrać porcję jak z menu dla dzieci — przykładowy model bugatti w skali 1:8 — ale z uwagi na pochodzenie z limitowanej serii na życzenie Ralpha Laurena, cena wyniosła ponad 65 tys. zł, a to tyle, ile kosztuje duży opel z salonu. Rozwiązaniem łączącym wszystkie elementy włącznie z przedsmakiem Gwiazdki Michelin byłaby może warta niecałe 1,8 tys. EUR (7,6 tys. zł) 120-centymetrowa ręcznie malowana biała figura opisana w katalogu jako Mr Bibendum. Cena wskazuje, że musi mieć jakąś wartość kolekcjonerską, a fakt, że składają się na nią same tłuste wałeczki, sprawnie łączy Michelina od opon z Michelinem od łakomstwa.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Mercedes jako ostateczny afrodyzjak