Pożądliwy popyt zadecydował, że wystawiony na paryskiej aukcji unikatowy egzemplarz mercedesa 300 SL uzyskał równowartość niecałych 2,7 mln zł. Gdyby rozważał go nie inwestor, tylko surowy dietetyk, i tak przyklasnąłby na wiadomość, że wersja wystawiona na licytację w Bonhams została wcześniej wyszczuplona o zbędne kilogramy blachy.

Samochód przerobiony na wzór pewnej legendy wygląda trochę jak z rajdu, a trochę jak ze sklepu z zabawkami — cały w karoserii z lekkiego aluminium, z rozpartym na niebieskich fotelach duchem lat 90.
Mistrz tuningu
Legenda, którą ożywić miał obity aluminium mercedes, zaczęła krążyć nad torami wyścigowymi Ameryki już w latach 50., kiedy pasjonat modelu 300 SL Paul O’Shea postanowił przerobić dwa egzemplarze tak, żeby jeszcze bardziej zwiększyć ich szanse w warunkach rajdów. Jedno z aut wyposażył sam we wspomnianą lżejszą karoserię, co pozwoliło mu prześcignąć nie tylko silniki forda czy chevroleta, ale też astona martina, ferrari i maserati — w 18 z 22 wyścigów, w których wziął udział. Po trzech dekadach pamięć o tych wydarzeniach zatliła się mocniej, ku zaskoczeniu,w Monachium, gdzie inny entuzjasta zdecydował się kupić oryginalnego mercedesa- -benz 300 SL z 1957 r. i przerobić go wedle tego samego wzoru tak drobiazgowo, żeby samochód był gotowy na jeden z bardziej forsownych rajdów — Carrera Panamericana.
Ten właśnie egzemplarz uzyskał na ostatniej paryskiej licytacji równowartość 2,7 mln zł, a to w przybliżeniu tyle samo, ile zapłacono wtedy za najwcześniejszą wersję lamborghini countach i za równie wymyślną karoserię przedwojennej minervy. Belgijska Minerva zaczęła co prawda od wytwarzania rowerów, jednak wart 603,8 tys. EUR (2,5 mln zł) typ K pochodzący z 1907 r. jest tak złoto-mahoniowy, że bardziej przypomina wystawny wiśniowy dyliżans niż samochód. Dekoracyjny ażur siatki zabezpieczającej bagaż na dachu, ozdobne szkło wyzłoconej latarenki, wybite czekoladową skórą fotele — wszystko jak z czasów, kiedy damy woziły swoje kapelusze w kufrach, a od słońca chroniły je białe parasolki.
Poza tym, że auto rzeczywiście jest tak dobrze zachowane, jego cenę mógł też podnieść skomplikowany jak na czas powstania odłączany dach, który wpasowywał samochód w modną ówcześnie konwencję pojazdu stosownego na każdą porę roku. Odnosząc natomiast to kryterium do prezentacji wystawionego lamborghini, można odnieść nawet przeciwne wrażenie — auto nie byłoby stosowne w ogóle, chyba że na lot w przestworza.
Lamborghini na księżycu
Tak właśnie komentowano nowy model Countach, kiedy w 1971 r. zalśnił po raz pierwszy na salonie w Genewie, sprawiając silne wrażenie, że nie jest autem na drogi, tylko jakimś popisem wzornictwa, czysto wystawowym. Z zadartymi do góry drzwiami i wnętrzem, które powszechnie przywodziło na myśl kokpit statku kosmicznego, lamborghini mogło szokować, zwłaszcza świeżo po misji Apollo 11. Wbrew takiej reakcji, produkcja podjęta została w prawie niezmienionej formie i po kilku latach, w 1974 r., były już realizowane zamówienia klientów.
W związku z tym, że najwyższy potencjał inwestycyjny zazwyczaj mają samochody z najwcześniejszych lat produkcji, egzemplarz w wersji periscopio z 1974 r. mógł zasługiwać na stawkę 638,3 tys. EUR (2,7 mln zł). Czysta forma wczesnego lamborghini, podobnie jak staranniezachowana burżuazyjna minerva czy obity drogim aluminium mercedes to jednak — w odniesieniu do diety — kąski pełnowartościowe, godne magnetyzujących Gwiazdek Michelin.
Dysponując skromniejszym budżetem, też można się natomiast posilić, i to samą wisienką skradzioną z tortu, bo, zgodnie z tradycją, na paryskiej aukcji samochodów aż roiło się od osobnych statuetek, które wieńczą zwykle maski przykładowych rolls- -royce’ów. Rzeźbiarsko opracowane przedstawienia, na czele z sylwetką św. Jerzego pokonującego smoka, kosztowały nawet równowartość 25 tys. zł, ale sam symbol Rolls- Royce’a, a więc wychylającą się pod wiatr kobiecą figurę „Spirit of Ecstasy”, można było mieć za 2,6-9,4 tys. zł, w zależności od użycia srebra.
Z podobnych namiastek dałoby się też wybrać porcję jak z menu dla dzieci — przykładowy model bugatti w skali 1:8 — ale z uwagi na pochodzenie z limitowanej serii na życzenie Ralpha Laurena, cena wyniosła ponad 65 tys. zł, a to tyle, ile kosztuje duży opel z salonu. Rozwiązaniem łączącym wszystkie elementy włącznie z przedsmakiem Gwiazdki Michelin byłaby może warta niecałe 1,8 tys. EUR (7,6 tys. zł) 120-centymetrowa ręcznie malowana biała figura opisana w katalogu jako Mr Bibendum. Cena wskazuje, że musi mieć jakąś wartość kolekcjonerską, a fakt, że składają się na nią same tłuste wałeczki, sprawnie łączy Michelina od opon z Michelinem od łakomstwa.