Miasto mecenasem dobrej architektury

Agnieszka Janas
opublikowano: 2004-11-30 00:00

Budynek sygnowany nazwiskiem projektanta lekarstwem na brak dobrej architektury? Tak. Jeśli klienci wymuszą jakość, a miasto wesprze twórców.

Wiele miast słynie z budowli, których nowoczesny projekt oraz skala trudności technicznych wyprzedzały epokę. Śmiałość rozwiązań, np. łuk triumfalny w paryskiej dzielnicy Defanse czy gigantyczna karuzela w Londynie, ma tylu zwolenników co przeciwników, ale sprawia, że o mieście, architekcie oraz fundatorze jest głośno. A Warszawa?

— Władze polityczne zmieniały się kilkakrotnie, ale żadna z ekip nie rozumiała, jak ważną rolę może odegrać w rozwoju miasta. Żadna też nie widziała się jako mecenas ciekawych projektów architektonicznych, które tworzyłyby nowoczesną przestrzeń dla mieszkańców. Bez niezwykłych realizacji — miasto nie jest atrakcyjne turystycznie. A przecież może takie być, ale to sprawa wizji i ciężkiej, konsekwentnej pracy — ocenia Andrzej Fogtt, architekt i malarz.

Także zdaniem Stefana Kuryłowicza, architekta z APA Kuryłowicz & Associates, instytucje publiczne jedynie w ograniczonym stopniu pełnią rolę „pracodawcy” pracowni architektonicznych.

Prace planistyczne

Michał Borowski, naczelny architekt miasta stołecznego Warszawy, nie zgadza się z tymi zarzutami.

— Władze miasta zlecają pracowniom architektonicznym wykonanie planów miejscowego zagospodarowania terenu oraz innych projektów za blisko 10 mln rocznie. Wydajemy około 1 mld rocznie na inwestycje celu publicznego: stacje metra, szkoły, baseny. Przecież wszystkie te budowle muszą mieć projekt architektoniczny — zauważa Michał Borowski.

Przypomina, że konkursy architektoniczne organizowane przez władze miasta pozwalają zaistnieć wielu pracowniom i projektantom. To nie wszystko. Jakość architektury zacznie rosnąć, jeśli władze miasta uchwalą studium uwarunkowań i kierunków rozwoju miasta.

— Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej, na początku 2005 roku. Chcemy też kontynuować prace nad 300 planami miejscowego zagospodarowania terenu, tak aby w czasie 5-6 lat zostały zakończone i ułatwiły budowy w atrakcyjnych częściach miasta — wylicza Marek Borowski.

Zwraca też uwagę na to, że prawo w niezmiernie ograniczonym zakresie zezwala na ingerencję w wygląd budynku. Pozwala natomiast na określenie ich kubatury, wielkości i przeznaczenia.

— Jeśli udałoby się nam egzekwować dotrzymanie tych parametrów, już byłoby dobrze. Pozwoliłoby to na harmonijny rozwój urbanistyczny miasta. Reszta jest w rękach deweloperów i architektów — mówi Michał Borowski.

Architekci dostrzegają działania władz stolicy. Wskazują ograniczenia uniemożliwiające szybki rozwój urbanistyczny miasta. A tym samym realizację dobrych projektów.

— Władze Warszawy mają wiele dobrych chęci. Starają się uporządkować chaos panujący w architekturze i urbanistyce. Nie jest to jednak łatwe zadanie, choćby ze względu na niewyjaśnioną sytuację własnościową gruntów czy zabudowę z lat 90. — przeważnie tanią i nie pasującą do otoczenia. Nie tylko w stolicy realizację dobrze zrobionego planu rozwoju miast hamuje stworzona przez niejednoznaczne prawo możliwość dowolnego i uznaniowego wydawania pozwoleń na budowę przez urzędników — podkreśla Marcin Sadowski z JEMS Architekci.

Kto chce mniej?

Architektci do największych przeszkód, umożliwiających współpracę z władzami publicznymi, zaliczają: ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym i wynikające z tej ustawy późniejsze rozporządzenia. Marcin Sadowski podkreśla, że nie mniejsze utrudnienia wynikają z częstych zmian dokonywanych w przepisach prawa budowlanego. To nie koniec toru przeszkód.

— Większość zleceń, które otrzymujemy — niezależnie od ich wielkości — pochodzi od prywatnych inwestorów. Wytłumaczenia tej sytuacji szukałbym w zapisach ustawy o zamówieniach publicznych. Według powszechnie stosowanej interpretacji, podstawowym kryterium wyboru jest koszt dokumentacji — więc wybierana jest oferta najtańsza. Nie mamy szans na sukces — wartość intelektualna koncepcji, wiarygodność i dorobek biura architektonicznego są dla wybierających sprawą wtórną. I bez znaczenia jest to, że na podstawie niskiej jakości projektów powstają złe i drogie w realizacji budynki — podkreśla Stefan Kuryłowicz.

Nazwisko i jakość

Trudno jednak pominąć fakt, że to sami architekci mają wpływ na poziom powstających budynków. Tym bardziej iż deweloperzy starają się, aby realizowane one były możliwie najniższym kosztem.

— To skomplikowana sytuacja. Warunki rynkowe powodują, że nawet dobrzy architekci szukają kompromisów — między stroną artystyczną budynku a wymogami estetycznymi i finansowymi zleceniodawcy. Jednak często są one zbyt daleko posunięte. Ja nie muszę utrzymywać pracowni, mogę więc być bezkompromisowy. Ale wydaje mi się, że jest na to rada. Przed wojną na budynkach umieszczano nazwisko jego projektanta. Gdyby powrócić do tego zwyczaju — architekci bardziej staraliby się wytłumaczyć inwestorom, że dobra architektura, firmowana ich nazwiskiem, to część wartości nieruchomości — proponuje Andrzej Fogtt.

Marcin Sadowski zwraca uwagę, że powoli sami deweloperzy zaczynają dostrzegać znaczenie dobrej architektury. Zaczyna być ona ważnym elementem marketingu obiektu.

— Wzrastająca konkurencja na rynku wymusza na deweloperach myślenie nie tylko kategoriami ekonomicznymi, ale także estetycznymi. Może na razie dotyczy to głównie drogich realizacji, ale coraz częściej uroda budynku staje się elementem silnie eksponowanym w ofercie handlowej powierzchni — podkreśla Marcin Sadowski.