Miauczący kompleks tyranów

Karol Jedliński
opublikowano: 2008-10-31 00:00

W Biłgoraju płoną, w Limie bywają w menu, w Nowym Jorku — służą w policji. Ale zwykle łaszą się lub śpią. Po prostu: są.

Kilka tysięcy lat temu (niektórzy twierdzą, że nawet osiem) sprawa była prosta. Kotem udomowionym zostawało się, gdy ludziom dokuczały myszy, szczury czy króliki. Co kot złapał, to zjadł. I nie płakał. Teraz kocie menu zmieniło się, wraz z mentalnością ich właścicieli.

— Tak, mamy specjalne osoby zatrudnione do testowania właściwości spożywczych nowych produktów — przyznaje (obowiązkowo: anonimowo) przedstawicielka jednego z producentów kociej karmy.

Ach, te reklamy, gdzie ślinka leci... Polacy, co pokazują statystyki, mają kota. A dokładnie 5,5 miliona kotów. Taki prof. Jerzy Bralczyk, mieszkaniec podwarszawskiego Milanówka, ma dwa. Gdy przyjmuje u siebie w domu dziennikarzy, zwykle — jeśli pogoda pozwoli — daje się przepytywać przy słynnym już stoliku w ogrodzie. Nie ma chyba telewizyjnej migawki z głównym bohaterem, gdzie nie byłoby "setki" z profesorem tulącym czarnego kocura lub ze zwierzakiem harcującym w tle.

— To Mazur — wyjawia językoznawca.

Z kim sypia Molly

Dziś Mazur ma ponad 14 lat, hipnotyzujące oczy i wciąż niezły tupet. Właściciela znalazł kilkanaście lat temu, po prostu chodząc za swoim przyszłym panem. Wycieczka po Ursynowie, śladami prof. Bralczyka, skończyła się w mieszkaniu językoznawcy. To zresztą stary koci numer. Przybłąkać się, przytulić, zostać pokochanym…

Socks, najsławniejszy kot w historii Białego Domu, po prostu wpakował się na ręce zaskoczonej Chelsea Clinton, gdy ta wracała z lekcji pianina w Little Rock w stanie Arkansas. Gdy dwa lata później Bill Clinton został prezydentem USA, Socks wskoczył na piedestał. Tytuł: Pierwszy Zwierzak. Wraz z właścicielami odwiedzał szpitale, hospicja, domy dziecka. Cóż z tego, że parę lat później został zdetronizowany przez labradora. To jednak on, a nie mleczny kundel, miał zdjęcie na prezydenckiej mównicy z logo Białego Domu w tle.

Na Wyspach publika wciąż żyje losami kociego lokatora na 10 Downing Street. Za to w Polsce na topie jest para kociąt mieszkająca w pałacu, i to w centrum Warszawy.

— Sypia z nami Molly, nasza kotka, która wywalczyła sobie takie prawo — zdradziła niedawno Maria Kaczyńska, żona Kociarza Roku 2007.

I od razu burza.

A co z Rudolfem, drugim futrzakiem? Czyżby sam? — dopytywały tabloidy.

Kariera właściciela to zazwyczaj woda na młyn kotów. Taka Kora. Był czas, kiedy chętnie fotografowała się z syjamami, oczywiście kocurami. Czupurek, Pędzelek, Pipi, Pinki czy Lou-Lou... było i będzie tego więcej. Kora, jak można mniemać, koty zna na wskroś. Jaką muzykę lubią?

— Nie lubią agresywnej. Wolą relaksacyjną, hinduską, Billie Holiday — twierdzi.

Kto tu rządzi

W horoskopie chińskim Kora jest kotem. Jako kobieta daje sobie z nimi radę. A mężczyźni?

— Koty totalnie podporządkowują sobie mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy myślą, że są kotofobami — uważa artystka.

Kocha, dokarmia, adoptuje. Dogadza. Pewnie nawet nie przypuszcza, że taki dachowiec polował na ponad tysiąc różnych rodzajów pożywienia, od chrabąszczy po słowiki. W XIX wieku zaczął zalegać na kanapie, hodowcy wymyślali syjamy, persy czy, później już, nagie sfinksy. Ładne ciamajdy. Anglicy stworzyli więc psy yorki, w sam raz do walki z portowymi gryzoniami. Ale i te zaraz trafiły na wystawy i do fryzjerów. Taki kocur Fred, tajny agent policji w sprawie nielegalnych praktyk weterynaryjnych, to raczej chlubny wyjątek. Zresztą zakończył krótką, acz błyskotliwą karierę pod kołami chevroleta. Co nie znaczy że odszedł bezpowrotnie.

— Little Nicky wygląda tak samo jak Nicky — zapewnia właścicielka Nicky’ego.

Bzdura? Niekoniecznie. Little Nicky to pierwszy sklonowany kot, sprzedany zresztą za 50 tys. dolarów. To może lepiej przygarnąć kilka dachowców? Już przecież prorok Mahomet miał swojego ulubionego kota przybłędę: Muezzę. Na Cyprze od półtora tysiąca lat te zwierzęta to niemal święte krowy. Swego czasu uratowały wyspę od plagi węży i skorpionów. A gdyby nie koty, warszawski Teatr Roma (wystawiający musicalowy przebój wielu sezonów, czyli "Koty") pewnie już by dogorywał. Ile z nich pożytku…

— Gdyby skrzyżować człowieka z kotem, ulepszyłoby to człowieka, ale popsuło kota — mawiał więc Mark Twain.

Po co Hemingwayowi krowa

Prawie perfekcyjnego Dyzia uwielbia Katarzyna Dowbor. Bo jak tu nie zakochać się w rasowym kocie rosyjskim niebieskim? Bo posiadanie kota to dopiero pierwsze koty za płoty. Początek czegoś poważniejszego.

— Chcę wydać opowieść o kotach. Na pewno będzie — w dużej mierze — inspirowana przygodami z moimi własnymi zwierzętami — zapowiedział niedawno Krzysztof Daukszewicz.

Jako właściciel Laury, Filona i Zarazka ma bogaty materiał do obserwacji. Pewnie będzie z tego trylogia. Bo o kotach można godzinami... Dante Alighieri nauczył swe persy m.in. przewracania stron w książkach. Kociak Karola Dickensa gasił łapką świece, gdy uznał, że jego pan powinien odpocząć. A Ernest Hemingway hodował krowę tylko po to, by poić świeżym mlekiem swoich 40 futrzaków. Freddie Mercury poszedł zaś na całość: na okładce płyty "Mr. Bad Guy" widnieje wyznanie: "Płyta jest dedykowana wszystkim wielbicielom kotów. Pieprzyć pozostałych".

Ciekawa jest więc lista tych, którzy tej płyty odsłuchiwać nie powinni. Pojawiają się różne typy: Cezar, Dżyngis-chan, Aleksander Wielki, Napoleon czy Hitler. Spoiwo: chęć dominacji nad światem. Po co te złe emocje?

— Lepiej na potęgę obżerajcie się i leńcie, wtedy też będą kręcić o was filmy — radzi przecież kot Garfield.