Miecz obosieczny króla Salomona

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2006-03-24 00:00

Poczet prezesów BZE Belma (wersja ministerialna): Kazimierz Kurkiewicz, Jacek Kurkus — bez udowodnionych nadużyć. Oskarżony Jerzy M. — przypadkowo — słusznie ścięty. I Artur Łysakowski, aktualny szef — prymus.

„Puls Biznesu”: Pańska rola przy prywatyzacji bydgoskiej Belmy?

Józef Nawolski, dyrektor Departamentu Spraw Obronnych Ministerstwa Skarbu Państwa: Tego typu prywatyzacje, polegające na zbyciu aktywów, traktujemy jako część restrukturyzacji spółki skarbu państwa. W przypadku Belmy ów proces trwa od kilku lat. Sprawujemy nad nim nadzór. Polega to na tym, że zgodę na zbycie udziałów wydaje walne zgromadzenie akcjonariuszy. A jest jeden akcjonariusz — skarb państwa.

Zapewne pan wie o sytuacji w spółce: były prezes oskarżony o korupcję zarzuca nadużycia poprzednikom... Nie dopatrzył się pan nieprawidłowości w Belmie, mając kontakt z tymi ludźmi? Pojawił się taki temat w ministerstwie?

Temat był — trudny. Stosunki w zarządzie Belmy zaczęły się psuć, gdy minister gospodarki (wówczas sprawował nad spółką nadzór właścicielski) powołał na prezesa pana Jerzego M. Wskutek konfliktu zarządzający zaczęli się wzajemnie obrzucać oskarżeniami... Załoga się podzieliła. Firma — zamiast pracować — żyła plotkami. Nie mogłem na to pozwolić. Nie potrafiłem ustalić winowajców, podjąłem więc salomonową decyzję. Wziąłem miecz, ściąłem obu i powołałem nowego prezesa — Artura Łysakowskiego.

Ściął pan obu, czyli kogo?

No, Jerzego M. i jego zastępcę, Przemysława Wypijewskiego, postrzeganego jako człowieka byłych prezesów Belmy: Jacka Kurkusa i Kazimierza Kurkiewicza. Znam stan sprawy. Wiem, że toczy się w tej chwili postępowanie sądowe. Nie chcę przesądzać przed wyrokiem, ale wydaje się, że — zwalniając tego prezesa — przypadkowo podjąłem słuszną decyzję. Tym bardziej że pojawiły się jeszcze inne okoliczności... Nie chciałbym, nie mogę uprzedzać faktów. Nowy prezes chce też wnieść sprawę do sądu przeciwko Jerzemu M. Chodzi o działania na szkodę spółki…

Czyli o wyniesienie dokumentacji do spółki Bohamet?

Domyślam się, że pan wie... Z grubsza biorąc: bezprawne wyprowadzenie technologii. Nie wiem, czy się to potwierdzi czy nie. Nie jestem „organem ścigania”. Tak czy owak: uważam, że udało mi się — fakt, trochę przypadkowo w tym kontekście — podjąć słuszną decyzję. Zwłaszcza że od czasu, kiedy nastał nowy prezes, Belma naprawdę stanęła na nogi. Co z nią dalej zrobić? To sprawa otwarta.

Belma trafi do Grupy Bumaru?

Takie rozważania mają uzasadnienie. Połowa produkcji Belmy to „twardy” przemysł obronny. Druga część to urządzenia dla górnictwa — i to wysokiej klasy. Najlepszym wyjściem biznesowym byłoby, gdyby ta spółka weszła do holdingu zbrojeniowego, a z drugiej strony — związała się z firmą z przemysłu górniczego. Belma ma pewne kłopoty z dotarciem do kopalń. Dobrze, gdyby miała wpływowego „opiekuna” w tym przemyśle. Najlepiej takiego, który byłby w tym skuteczny również poza granicami kraju.

Targany oskarżeniami Jerzy M. pracuje w Bumarze na stanowisku głównego specjalisty. Mam oficjalne oświadczenie zarządu tej firmy, że darzy go pełnym zaufaniem. Co pan na to?

A co mieli powiedzieć? Moim zdaniem, to zwykłe niedopatrzenie. Gdy został przeze mnie odwołany, zwrócił się do zarządu Bumaru i został zatrudniony. Otrzymał zadanie przygotowania bydgoskiego Nitro-Chemu do fuzji z Bumarem. Pod koniec roku ten proces się zakończył, a wraz z nim rola pana M. Myślę, że Bumar go nie odwołał, bo ma większe problemy niż jeden zatrudniony więcej czy mniej. Zarząd o nim po prostu zapomniał. Naprawdę.

Prywatyzacja zakładów produkcji sygnałów dźwiękowych i blach Belmy — obecnie spółki FER i BAS. Pańskim zdaniem w tym procesie naruszono prawo? Jerzy M. zeznał przed prokuratorem, że doszło do nadużyć na kwotę około 18 mln zł.

Tego typu problemy są rozpatrywane w moim departamencie bardzo dokładnie. Gdyby coś było nie tak, na pewno bym wiedział.

Prezesami nowo powstałych spółek zostają w czasie restrukturyzacji Belmy jej byli prezesi: Kurkiewicz w FER, a Kurkus w BAS. Konflikt interesów?

Formalnie tego konfliktu stwierdzić nie można. Program restrukturyzacji Belmy, zakładający pozbycie się aktywów, skarb państwa zaakceptował. Słusznie. Czy całkiem czysto wszystko przebiegało, jeśli chodzi o stronę personalną? Ta sytuacja może budzić wątpliwości, ale ja bym znowuż niczego nie przesądzał. Proszę popatrzeć na to z punktu widzenia inwestora. Kogo miał zatrudnić? Wybrał człowieka, który zna otoczenie. Na takie przypadki patrzę przez pryzmat dużych prywatyzacji. Moją największą był WSK PZL-Rzeszów. Były szef tej firmy, Tadeusz Cebulak, dostał trzykrotnie od United Technology propozycję objęcia stanowiska prezesa. I trzykrotnie odmówił.

Widzi pan — odmówił.

Ale miał swoje powody. Powiem prosto: ja bym na pewno nie odmówił. A on to zrobił, bo w zaproponowanej mu umowie znalazły się zapisy, które — według niego — pętały jego inicjatywę. Kwestia ambicjonalna. Dlatego nie chcę wartościować i podawać w wątpliwość decyzji byłych prezesów Belmy. Sądzę, że były to normalne propozycje. Nie znalazłem dowodów, że popełnili nadużycia przy tych prywatyzacjach.

Ten przykry zapach korupcji bardzo szkodzi Belmie?

Trochę retoryczne pytanie. Jasne, że jeśli gdzieś coś niedobrego dzieje się wokół firmy, to nie służy jej zbyt dobrze. Ale wydaje mi się, że nie należy tego przeceniać. Ludzie są ludźmi, popełniają błędy albo przestępstwa. Firma to coś zupełnie innego. Ona ma działać, zatrudniać pracowników, produkować. Myślę, że — w obecnym układzie — tam się dzieje przyzwoicie. Uważam, że spółka jest dobrze zarządzana. Byłem kilka miesięcy temu na spotkaniu z załogą Belmy — bo mam zwyczaj wyjeżdżania do firm, które nadzoruję. I wiem, kiedy ludzie są zadowoleni. Oczywiście chcieliby lepiej zarabiać, ale przede wszystkim chcą mieć pewność, że miejsca pracy po prostu będą.