70-stronicowy dokument, obejmujący osiem grzechów głównych szefa banku centralnego, podpisało 191 posłów (minimalna liczba wymagana to 115) z rządzącego tzw. konsorcjum 15 października. W Sejmie rozpoczyna się bardzo skomplikowana i czasochłonna procedura oceny wstępnego wniosku przez 19-osobową Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Jej stery naturalnie trzyma Koalicja Obywatelska, ale jednym z członków jest poseł PiS… Mateusz Morawiecki. To sytuacja bardzo ciekawa, albowiem najcięższy merytorycznie pierwszy punkt zarzutów obejmuje skupowanie przez NBP skarbowych i nieskarbowych papierów wartościowych w kwocie co najmniej 144 mld złotych, co pośrednio finansowało pozaustawowo deficyt budżetowy. Bank centralny rzeczywiście był finalnym ogniwem całego łańcuszka jakże szkodliwej dla państwa kreatywnej księgowości, ale przecież zainicjował i uruchomił ten proceder absolutnie nie prezes Adam Glapiński, lecz właśnie premier Mateusz Morawiecki. Jego plan puszczania setek miliardów gwarantowanymi obligacjami bokiem poza ustawą budżetową realizowały Polski Fundusz Rozwoju i Bank Gospodarstwa Krajowego, a także niektóre banki komercyjne. W związku z tym całkiem realnie można się spodziewać… wyłączenia posła Morawieckiego z komisyjnego oceniania praktycznie jego własnej działalności.
Po złożeniu poselskiego wniosku, do wizerunkowej kontrofensywy przystąpił zarząd NBP. Sam Adam Glapiński oczywiście się na obronnej konferencji nie pokazał, teoretycznie zastępowała go apartyjna Marta Kightley, pierwsza wiceprezes i prawa ręka. Teoretycznie, albowiem naprawdę skupili na sobie medialną uwagę jak najbardziej partyjni funkcjonariusze PiS, których prezes przez lata nagradzał – na rozkaz z Nowogrodzkiej – bardzo wysokimi pensjami, obsadzając ich w zarządzie NBP: Paweł Szałamacha, Adam Lipiński, ostatnio Artur Soboń, a także Piotr Pogonowski, były szef ABW z poręki PiS. Akurat taki zestaw personalny jest ostatnim, który mógłby wiarygodnie bronić Adama Glapińskiego przed zarzutem łamania konstytucyjnego nakazu neutralności politycznej. Politycy PiS – obecnie w stanie spoczynku w zarządzie NBP – argumentowali, że bank centralny wręcz celująco prowadził politykę antyinflacyjną w okresie pandemicznego kryzysu. Wniosek o TS uznali za całkowicie absurdalny, porównywalny z tezą że Ziemia jest płaska.
Najbardziej nośnym argumentem obrońców Adama Glapińskiego jest troska o polskiego złotego. Wniosek większości rządzącej uznają za próbę złamania niezależności banku centralnego, prowadzącą wręcz do „rozbijania podstaw państwa polskiego i jego gospodarki". Według członków zarządu, gdyby NBP nie podjął bardzo uzasadnionych ekonomicznie działań, to alternatywą dla Polski w okresie pandemii byłby m.in. głęboki spadek PKB, kryzys systemu finansowego, upadek tysięcy firm, wysokie bezrobocie i także możliwa fala emigracji.
Paradoks sytuacji polega na tym, że starciem o losy prezesa NBP rynki na razie w ogóle się nie przejmują. Wielki wpływ na obecne neutralne postrzeganie kryzysu miał przez wiele lat sam Adam Glapiński, który odebrał swojemu bardzo ważnemu konstytucyjnie urzędowi powagę. W szczególności koszmarnymi wizerunkowo wielogodzinnymi ni to konferencjami, ni to wykładami na tematy niby pieniężne, podczas których wygłaszał najróżniejsze pseudofilozoficzne komunały. To medialne szkodnictwo oczywiście nie zostało objęte wnioskiem o postawienie przed TS, ale zasługuje na społeczno-gospodarczy najwyższy wyrok – całkowite odcięcie Adama Glapińskiego od możliwości puszenia się w telewizji rzeczywiście publicznej.

