Miesiąc miodowy właśnie się skończył

Jacek Zalewski
opublikowano: 2001-11-20 00:00

Wczoraj upłynął miesiąc od pamiętnych chwil triumfu, gdy premier Leszek Miller i jego ministrowie odbierali nominacje z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. A dzisiaj rząd przystępuje do oficjalnej (robocza miała miejsce już w sobotę) prezentacji projektu budżetu na rok 2002, uznany przez premiera za decydujący. Zaczyna się przekładanie na prozę życia wzniosłych myśli exposé, których próbkę przypominamy obok.

Koalicja SLD-UP-PSL wniesie do Sejmu formalnie nowy projekt, a nie autopoprawkę do dokumentu złożonego 29 września przez rząd Jerzego Buzka. Oczywiście całe fragmenty zostaną żywcem przeniesione, zwłaszcza że pieczę nad obiema wersjami sprawowała/sprawuje minister/wiceminister Halina Wasilewska-Trenkner. Dopiero analiza porównawcza projektów da odpowiedź na pytanie, czy demonstracyjne odcięcie się nowej ekipy od budżetowej przeszłości ma uzasadnienie merytoryczne, czy jest tylko gestem politycznym.

W wyjątkowo czarnych barwach jawi się wzrost PKB. Rząd ma przyjąć na rok 2002 prognozę nie 1,5 proc., nie 1,0, lecz coś niewiele większego od zera! Dla świata biznesu są to wieści hiobowe, ale — nie jest jeszcze tak źle, aby nie mogło być gorzej. Nazywanie obecnej sytuacji już RECESJĄ jest ekonomicznym nadużyciem. Aby definicji stało się zadość, po pierwsze — musi wystąpić wzrost ujemny, czyli spadek, a po drugie — musi on zostać odnotowany w okresie dwóch (według innej szkoły — nawet trzech) kwartałów.

Woda o temperaturze ułamka stopnia powyżej zera nie jest jeszcze lodem. Natomiast wpadnięcie pod taflę wywołuje natychmiast ruchy paniczne i zwykle kończy się utonięciem. Jesteśmy w parterze, ale jeszcze na wierzchu — zadaniem rządu zaś jest niedopuszczenie do obsunięcia się gospodarki w przerębel.