W komentarzach można przeczytać, że fundusze zagraniczne wchodzą do Polski i podbijają obroty na rynku akcji. Ale kto im te akcje sprzedaje?
Z Ameryki
Na giełdach akcji inwestorzy mieli dobry tydzień, a co za tym idzie, zapowiedź udanego końca miesiąca i całego roku. Funduszom nie zależy teraz na spadku cen akcji. Wręcz przeciwnie, chcą ich wzrostu, bo dzięki temu pokażą dobre wyniki i przyciągną nowych klientów. Mimo to, w minionym tygodniu widać było wyraźnie, że rynki finansowe układają się do snu. Sygnalizował to spadek wolumenu na NYSE i NASDAQ. Przedświąteczny tydzień był krótszy, więc na rynku pomimo zwyżki indeksów niewiele się działo.
Dopiero w styczniu, i to nie na początku, zobaczymy, gdzie tak naprawdę znajduje się rynek. Przyznam, że widać siłę byków, ale zdania nie zmieniam: zwyżka indeksów staje się irracjonalna, a optymizm jest stanowczo za wielki. Znacznie zdrowsza byłaby ozdrowieńcza, duża korekta. Jeśli zaślepienie potrwa dłużej (a może, bo taka jest natura rynków), zapłacimy później znacznie wyższą cenę. Najbardziej widać było tę irracjonalność na wtorkowej sesji. Dobrych informacji prawie nie było (tylko podniesienie ratingu Intela i raportu poprawiającego sytuację Pfizera). Opublikowano jednak raport o sprzedaży detalicznej, z którego wynikało, że przed tegorocznym Bożym Narodzeniem Amerykanie kupują zdecydowanie mniej niż rok temu (w czasie ostatniego przed świętami weekendu sprzedaż była o 3,3 proc. niższa). Ta informacja zupełnie na rynki finansowe nie wpłynęła, a przecież sygnalizuje wyraźnie, że Amerykanie zaczynają mniej wydawać, co bardzo szybko wychłodzi gospodarkę.
Na rynku walutowym było nerwowo. Na dane makroekonomiczne co prawda reagował on w sposób umiarkowany, ale widać było chęć do bicia rekordów kursu euro do dolara. To logiczne — jeśli większość inwestorów spodziewa się od początku 2005 r. przeceny dolara, to stara się ją wyprzedzić. Do końca roku został jeszcze jeden tydzień, i dużo może się jeszcze wydarzyć. Zakładam, że — być może po wcześniejszej euforii — w styczniu rozpocznie się korekta. Dane makro były ostatnio mieszane. Indeks wskaźników wyprzedających (LEI) nieco wzrósł pierwszy raz od sześciu miesięcy i lekko inwestorów uspokoił, ale nie zmienił niczego w fundamentalnym obrazie sytuacji. Pięć jego kolejnych spadków powinno bardzo niepokoić — dotychczas uważano, że już trzy zapowiadają recesję. Wydatki Amerykanów były tylko nieznacznie większe niż miesiąc temu, ale zamówienia na dobra trwałego użytku wzrosły wyraźnie. Jednak po odjęciu zamówień na środki transportu zanotowano spadek o 0,8 proc. (w poprzednim miesiącu 1,3 proc.). Nie były to dobre dane. Raport o sprzedaży nowych domów (największy spadek od 10 lat) pokazał, że sytuacja na rynku nieruchomości rzeczywiście się pogarsza. To już drugie ostrzeżenie po danych o bardzo dużym spadku liczby rozpoczętych budów domów. Amerykanie niebawem mogą ograniczyć zakupy.
Nadchodzący tydzień powinien być bardzo spokojny. Przynajmniej tak się wydaje, jeśli spojrzeć na kalendarium. Nie ma tam wielu danych makro. Najciekawsze z nich to sprzedaż domów na rynku wtórnym oraz indeks Chicago PMI, który pokaże, jak zachowywała się gospodarka w tym regionie w grudniu. Po świętach Bożego Narodzenia, a przed Nowym Rokiem trudno oczekiwać dużej aktywności inwestorów. Trzeba jednak pamiętać, że klasyczny rajd św. Mikołaja często podnosi kursy akcji między świętami właśnie na małym wolumenie. Poza tym koniec miesiąca i roku to okazja do strojenia okien wystawowych przez fundusze, co niekoniecznie musi wywołać duże wzrosty, ale bardzo dziwne byłoby, gdyby w tym okresie indeksy wyraźnie spadły. Czekamy na styczeń. Uwaga na rynek walutowy: gracze wyraźnie mają zamiar testować bardzo ważny poziom 1,35 USD. Przełamanie go szybko doprowadziłoby notowania euro do 1,37-1,38 USD.
Z Polski
Na GPW tym razem indeksy spadły, co może nieco dziwić, bo pora roku nie jest dla spadków odpowiednia, a giełdy zagraniczne rosły. Warto jednak zauważyć, że tracił również węgierski BUX. Nie jest to jeszcze sygnał sprzedaży, ale niewątpliwie ostrzeżenie. Nadal mamy tę samą sytuację: duże obroty i małe zmiany oraz wąski rynek. Jest to już tak nudne, że z utęsknieniem czekam na nowy rok (a właściwie na drugą połowę stycznia), by zobaczyć, w jakim miejscu jest rynek. W komentarzach można przeczytać, że fundusze zagraniczne wchodzą do Polski i windują obroty na rynku akcji. Zawsze w takim momencie trzeba sobie zadać pytanie: kto te akcje sprzedaje?
Mam wrażenie, że tym razem wchodził wybitnie spekulacyjny kapitał krótkoterminowy. To oczywiście nie znaczy, że rynek zaraz się zawali, bo jeśli będzie po temu okazja, to taki kapitał będzie (za pomocą kilku płynnych spółek) prowadził indeksy w górę tak daleko, jak się tylko da. Trzeba tylko pamiętać o dwóch sprawach. Po pierwsze, fundusze spekulacyjne potrafią dystrybuować akcje (pozbywać się ich), gdy wygląda to na agresywne kupno. Po drugie, potrafią opuścić rynek w czasie 1-2 sesji w sposób nieoczekiwany, doprowadzając do znacznej przeceny. Wystarczy, by koniunktura na świecie się pogorszyła. A dlaczego ma się nie pogorszyć, skoro w przyszłym roku gospodarka światowa (nasza również) zwolni? Pozostaje pytanie, jak mocne to będzie spowolnienie.
Złoty w minionym tygodniu nadal się wzmacniał. Widać wyraźnie, że fundusze spekulacyjne chcą przed końcem roku ustawić go na bardzo wysokim poziomie. Poza tym Polacy uciekają z walut, firmy też przeliczają wpływy z eksportu, a to wszystko, na płytkim świątecznym rynku wywołuje spore ruchy. Ciekaw jestem, kiedy doczekamy się zmiany postawy ministra finansów, który swoimi wypowiedziami od dawna naszej walucie pomaga. W minionym tygodniu na to się nie zanosiło. Dowiedzieliśmy się, że „nadmierne wzmocnienie złotego mogłoby nie tyle przyhamować eksport, co zmniejszyć jego opłacalność”. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, co to znaczy „nadmierne”. Poza tym minister ma nadzieję, że przedsiębiorcy będą starali się rozwijać firmy, licząc na większy zbyt, bez względu na to, że kurczy się im zysk. Mam wątpliwości, czy tak będzie. Sparzeni kursem przedsiębiorcy będą woleli zamrozić produkcję na obecnym poziomie lub ją zmniejszyć, bo będą się bali ryzyka walutowego. Niestety, większość z nich się przed tym ryzykiem nie zabezpiecza, a szkoda, bo można to robić. Będą też chcieli sprawdzić, czy i jak rozwinie się sytuacja w drugim roku po wejściu Polski do Unii.
Trudno mi się zgodzić z ministrem, który mówi, że „... sprzedaż (żywności na eksport — przyp. aut.) wzrosła nie dlatego, że ceny albo kurs złotego były atrakcyjne, tylko dlatego, że się zwiększył popyt”. A dlaczego zwiększył się popyt? Owszem, otworzyły się granice, i tu minister ma rację, ale gdyby nie niskie (wtedy) ceny, to takiego ruchu byśmy nie zobaczyli. Do czego prowadzi mocny złoty, mogliśmy sprawdzić na przykładzie KGHM. Ta firma była w bieżącym roku dobrze zabezpieczona przed ryzykiem kursowym i dlatego miała tak dobre wyniki. Wzmocnienie złotego prowadzi jednak do tego, że nawet jeśli te same techniki zastosuje w przyszłym roku, to jej zyski znacznie spadną.
Być może PKB specjalnie nie ucierpi, jeśli rzeczywiście eksporterzy zacisną zęby i nie podniosą cen, ale — jak sam minister przyznaje — mocny złoty ograniczy ich dochody. To przełoży się na wyhamowanie na rynku pracy i być może na mniejszą ilość pieniędzy w kieszeniach pracowników, a to z kolei zmniejszy popyt wewnętrzny. Czy chodzi nam o to, by PKB rósł czy o to, by społeczeństwo się bogaciło? I jeszcze jedno. Na rynku finansowym łatwo jest jakiś proces uruchomić (szczególnie jeśli ciągle pomaga się jednej stronie), ale bardzo trudno go potem zatrzymać. Trzeba na tym rynku aktywnie i długo działać, by to rozumieć...
W szumie poprzedzającym koniec roku prawie niezauważone przeszły kolejne słabe dane makroekonomiczne. GUS poinformował, że pogorszyła się koniunktura w przemyśle, budownictwie i handlu w listopadzie. Warto zauważyć, że w przemyśle oceny były nawet „ostrożniejsze niż w analogicznym miesiącu ostatnich lat”. Mówi się o mniejszej ilości zamówień i sprzedaży. Widać z tego, że szok poakcesyjny zaczyna powoli odbijać się gospodarce czkawką. Sprzedaż detaliczna co prawda w listopadzie wzrosła, ale prognozy były zdecydowanie bardziej optymistyczne i nieporozumieniem jest szukanie winy tylko w spadku sprzedaży aut. Po prostu dynamika sprzedaży spada. W przyszłym roku będzie jeszcze gorzej. A jeśli do tego doda się dane z poprzedniego tygodnia, mówiące o sporym wzroście produkcji, to można się obawiać, że nadal rosną zapasy, czyli że wzrost gospodarczy w rzeczywistości nie jest tak duży, jak pokazują statystyki. To oznacza, że PKB szybko rósł, ale w przyszłym roku zmniejszenie zapasów będzie działało w odwrotnym kierunku.
Zgadzam się z Haliną Wasilewską-Trenkner z RPP, że założenie 5-procentowego wzrostu w 2005 r. jest bardzo optymistyczne. Nie zgadzam się jednak, że jest realne i dlatego uważam, że przychody budżetu są przeszacowane. Ma rację opozycja mówiąc, że mimo porobionych w przyjętym w zeszłym tygodniu budżecie zakładek, istnieje zagrożenie, że trzeba go będzie w drugiej połowie roku nowelizować. Tym wszystkim jednak będziemy się już martwili w nowym roku. W tygodniu międzyświątecznym nasz rynek powinien już odpoczywać, ale i tutaj, na małym obrocie można dokonywać cudów, a przecież funduszom powinno zależeć na dobrym zakończeniu roku. Jednak pamiętajmy o tym, że na indeksie cenowym może niedługo uformować się zapowiadająca spadki formacja RGR, a to w nowym roku może wygenerować sygnał kończący hossę.