Mimo podobnych korzeni więcej ich dzieli, niż łączy

Krzysztof Jasiecki
opublikowano: 2005-10-10 00:00

Obaj faworyci do prezydenckiego fotela mają wspólną przeszłość solidarnościową, ale wszystko inne ich dzieli, nawet wnioski płynące z tej przeszłości. Lech Kaczyński był związany ze związkami dłużej, jest profesorem prawa, zajmował się głównie prawem pracy, co znajduje swoje odzwierciedlenie w retoryce — nie tylko przedsiębiorcy, a nawet nie przede wszystkim. Donald Tusk wywodzi się z Solidarności, ale tej części kontestującej poprzedni system — politycznie, a przede wszystkim gospodarczo. Od zawsze związany ze środowiskiem gdańskich liberałów dosyć szybko przeszedł do opozycji wobec części czysto związkowej.

I stąd biorą się największe różnice programowe. Lech Kaczyński to większa rola państwa, ale nie takiego nowoczesnego, rozwojowego, jak się teraz mówi w „stylu azjatyckim” (nakłady na badania, edukację, działania prorozwojowe), ale państwa tradycyjnego, „europejskiego” (opieka społeczna, państwo w służbie zdrowia, a nawet w gospodarce). Donaldowi Tuskowi przyświeca tradycyjnie liberalna zasada: nie państwo, ale wolność obywateli. Państwo tak, ale tylko jako regulator. To wynik doświadczeń, zmodyfikowania poglądów z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy bardziej wierzono w „niewidzialną rękę rynku”. Z tego wynikają największe spory: RPP, prywatyzacja, państwo w gospodarce.

Co ich łączy? Dążenie do zwycięstwa, silnego przywództwa, odbudowy, ale zupełnie innymi metodami, silnego państwa (każdy z nich co innego pod tym pojęciem rozumie) i to, że w debatach mówią nie o tym, o czym powinni.

Krzysztof Jasiecki socjolog przedsiębiorczości