Minister albo nie wie, albo nie chce powiedzieć

Wiktor Krzyżanowski
10-07-2002, 00:00

Pytania, jakie na wczorajszej konferencji po posiedzeniu rządu dziennikarze zadawali Krystynie Łybackiej, minister edukacji i sportu, w najlepszy sposób pokazują, czego tak naprawdę media, a więc i rynek, oczekują. Po referacie na temat wyprawek dla pierwszoklasistów nasi koledzy po fachu domagali się uszczegółowienia tylko dwóch kwestii: czy pani minister zamierza podać się do dymisji, i co sądzi o ciągłym osłabianiu się złotego. Na szczęście w konferencji uczestniczył też Michał Tober, rzecznik rządu, który przyszedł w sukurs Krystynie Łybackiej. Urastający do rangi głównego ekonomisty rządu minister Tober twierdził, że nie ma co panikować, że trzeba patrzeć na dłuższy trend kursu waluty, i że rząd nie zmienił swojego programu gospodarczego wraz z odejściem Marka Belki, jego głównego architekta.

Nieprawdą jest jednak, że rząd ma jakiś czytelny program gospodarczy. Strategię „Przedsiębiorczość, rozwój, praca” traktować należy bowiem jako koncepcję polityczną, i to leżącą raczej w sferze propagandy i pobożnych życzeń, niż realnych koncepcji gospodarczych. A skoro tak, jedyną strategią gospodarczą rządu był dotąd Marek Belka — nie do końca było wiadomo, co zamierza w dłuższym okresie, ale jego koncepcja limitowania wzrostu budżetowych wydatków, połączona z szacunkiem, jaki zaskarbił sobie w kraju i za granicą, uspokajały.

Na temat Grzegorza Kołodki, wicepremiera i ministra finansów, wciąż nic nie wiadomo. Czy utrzyma limit wydatków? Co zrobi z kursem walutowym? Jaki budżet skroi na 2003 r.? To wciąż pytania otwarte, bo przyjęte przez rząd założenia można dowolnie zmieniać, zwłaszcza jeśli ministrowie i koalicjanci będą ciągle domagać się nowych pieniędzy.

Dlatego rynek się denerwuje. Co pewnie jest na rękę i rządowi, i ministrowi Kołodce. Podczas niedawno zorganizowanego przez „PB” spotkania ekonomistów z premierem, Katarzyna Zajdel-Kurowska, ekonomistka Banku Handlowego, przejawiając czarny humor sugerowała premierowi, że jeśli chce osłabić złotego, powinien wprowadzić na rynek element niepewności. Leszek Miller widocznie na żartach się nie zna (choć miałem wrażenie, że jest wręcz przeciwnie) i postanowił wykorzystać tę radę. Złoty traci więc na wartości, rząd się cieszy, a minister finansów niczego nie mówiąc i unikając mediów (co dziwi, znając poprzednie wyczyny Grzegorza Kołodki) podtrzymuje ten stan rzeczy.

Zapomina, że nic w ten sposób się nie osiągnie — ani gospodarka nie odbije, ani budżet się nie ustabilizuje, ani do Unii nie jest nam bliżej. Ale kto by się dziś przejmował tak odległymi problemami. Ważne, że minął kolejny dzień.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wiktor Krzyżanowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Minister albo nie wie, albo nie chce powiedzieć